Podziel się   

Felietony Pokaż wszystkie »

Wydanie 2009-07 · Opublikowany: 2009-08-14 18:19:07 · Czytany 4172 razy · 1 komentarz
Nowszy Starszy

Łowy

Po śnie gorączkowym, niespełna czterogodzinnym, obudził się młody Michał Rajecki i żwawo wyskoczył z łóżka, choć zaledwie dniało. Sen przed polowaniem jest niecierpliwy i czujny, jak zasadzka. Śpi się tylko trochę, z obowiązku, aby oko i rękę mieć pewne do strzału o świcie. (…)

Ubierał się niedługo. Przed polowaniem nie trzeba się myć bardzo dokładnie ani, broń Boże! – perfumować się. Przynosi to „pecha”. Zresztą wszystko było starannie przygotowane z wieczora: ubranie, strzelba błyszcząca wewnątrz luf jak żywe srebro, ładownica pełna. Skórzane chodaki miał na noc rozmoczyć w wodzie służący, aby gotowe były do włożenia na nogi.

Podobnie, jak to opisuje Józef Weyssenhoff w powieści „Soból i panna”, jest z polowaniem ludzi na ludzi, z tą różnicą, że mycie i perfumowanie jest bardzo pożądane.

Mężczyzna jest dość prosty, nieskomplikowany i w miarę czytelny. Chętnie upolowałby panią, ale najlepiej bez wkładania w to szczególnego wysiłku, choć jedno jest pewne, że jeśli pan uprze się na panią, to gotów po kilka nenufarów w wody jeziora wejść w białym garniturze, niczym niejaki Józef T. Ale kiedy zainteresowanie panią mu przechodzi, po rosnący pod nogami chaber ciężko mu się schylić.

Jest też w stanie – w okresie godowym, rzecz jasna – zachwycić się i uznać za swoje nawet najbardziej obce mu dotychczas zajęcie czy hobby, byle tylko przypodobać się pannie wybranej. Wybranej z jakichkolwiek względów, bo przecież nie będziemy tu dociekać czy dlatego, że miłością gwałtowną zapałał, czy może dlatego, że pewna kartka zwana zieloną jest w posiadaniu wybranki. Tak czy siak, po jakimś czasie może się okazać, że narciarstwo, konna jazda czy poezja Herberta, którą z takim nerwem recytował podczas spaceru, nie ma nic wspólnego z jego rzeczywistymi zainteresowaniami. A wyśmiewana przez niego forma spędzania wolnego czasu, polegająca na zaleganiu na kanapie z pilotem w jednej dłoni, a frytką unurzaną w ketchupie w drugiej, należy do ulubionych. I kiedy kobiecie ze zdumienia oczy wychodzą z orbit, on załatwia sprawę lekko: - Ale o co ci chodzi, moja droga? Przecież wtedy, kiedy to mówiłem, byłem w trakcie zdobywania cię, więc chyba logiczne, że wymyślałem wszystko, co wiodło do celu. I o co pretensje?

Kobiety zasadzają się na „męską zwierzynę”, przygotowując teren, siebie i chętnie sztab przyjaciółek. Główną dowodzącą jest polująca, chociaż trawią ją emocje, mogące być przeszkodą w trafnym odbieraniu sygnałów. Ale tu wkraczają przyjaciółki, najlepiej kilka różnych, acz znających się na sztuce. Przegadują całą sprawę w tę i z powrotem, zastanawiając się nad szczegółami, pisząc scenariusz możliwych i niemożliwych zachowań. Koleżanki dzielą się rolami wedle możliwości i upodobań, ale generalnie do ich zadań należy permanentna obserwacja obiektu i jego reakcji na polującą, ewentualnie obiektu w kontekście żony czy obecnej partnerki, jeżeli obiekt takową posiada.

Pamiętam opowieść sprzed wielu lat pewnej grupy kobiet, której bohaterką – bohaterką opowieści, nie kobiet – była Anna.

Anna była bardzo dobrą uczennicą, później studentką, jeszcze później docenianą pracownicą nieźle prosperującego biura projektów. Jej życie można byłoby nazwać bardzo udanym, gdyby nie fakt, że nijak ułożyć się z żadnym mężczyzną nie mogła. I nie dlatego, że charakter miała podławy, tylko dlatego, że mężczyźni omijali ją szerokim łukiem. Owszem, zdarzało się – najczęściej na wakacjach – poznać kogoś, kto na ułamek sekundy miał ochotę potowarzyszyć jej w wieczornym spacerze po kurorcie, ale to by było na tyle.

Anna upatrywała przyczyny damsko-męskich porażek w swoim wyglądzie. Fakt, Pan Bóg – obdarzając ją dość obficie różnymi talentami i przymiotami ducha – kompletnie i zupełnie niesprawiedliwie poskąpił jej urody. Naprawdę bardzo rzadko zdarza się nie dojrzeć w fizycznej powłoce człowieka choć odrobiny, choć jednego elementu, o którym można byłoby powiedzieć – co jak co, ale oczy, włosy, nogi czy zęby, to ona ma ładne. Przy największych chęciach nie dawało się tego powiedzieć o Annie.

Koleżanki z roku dawno już były żonami i matkami, jej cztery przyjaciółki też, a dwie z nich właśnie planowały zajść w drugą ciążę, tym bardziej, że tego roku wszystkie kończyły trzydzieści lat. Kiedyś obiecały sobie, że dzieci porodzą do trzydziestki, żeby zdążyć je odchować przed WPŻ, czyli Wielką Podróżą Życia, która miała się odbyć byle jakim autem z zapakowanym doń namiotem, śpiworami, konserwami i brulionami, w których będą zapisywały wrażenia. WPŻ swój początek miała mieć w Sopocie, koniec zaś w Barcelonie...

Tak się złożyło, że obchodziły urodziny miesiąc po miesiącu. Marzec – Elka, kwiecień – Marynia, maj – Zośka, czerwiec – Anna, lipiec – Iza. Kiedy mieszkały w akademiku, ustanowiły tradycję polegającą na tym, że urodziny każdej z nich obchodzone były w pokoju innej. Tradycja przetrwała przenosząc się do ich mieszkań – wszystko jedno czy wynajmowanych, czy już własnych. Mężowie czterech przyjaciółek weszli w sytuację już zastałą i, szczerze mówiąc, nie spędzała im ona snu z powiek, tym bardziej, że mieli swoją tradycję – meczowo-piwną i szachową.

W marcu, podczas trzydziestych urodzin Elki urządzanych w domu Izy, Anna, sącząc „calvadosa” (każdy urodzinowy trunek tak właśnie nazywały – ku pamięci „Łuku Triumfalnego” Remarque’a, przy którym wszystkie kiedyś płakały), szeptem ale stanowczo stwierdziła: - Chcę urodzić dziecko...

- Jesteś w ciąży? – poderwała się Zośka.
- No, coś ty! Przecież byśmy wiedziały! – odparowała Elka.

Anna – głucha na słowne przepychanki dziewczyn – kontynuowała: - Chcę zajść w ciążę, ale nie mam kandytata na ojca. Nic od niego nie chcę, chcę tylko zajść w ciążę, urodzić i wychować. Sama.

Zaległa cisza.

- Anna, zastanów się – zaczęła Iza.
- Już się zastanowiłam, przemyślałam wszystko. Nie mam szans na normalną rodzinę, a zegar biologiczny tyka.
- Czekaj, a może...
- Nie! Adopcja nie wchodzi w grę, bo samotnym dzieci nie dają, konieczny jest pan mąż.

Siedząca dotychczas cicho Marynia zarządziła nagle: - Iza, dawaj kartkę i długopis!

I powstał plan...

Dziewczyny zaczęły rozglądać się wokół siebie w poszukiwaniu kandydata na potencjalnego ojca potencjalnego dziecka Anny. I nie miało znaczenia, czy będzie to mężczyzna żonaty, czy rozwiedziony, wdowiec czy kawaler. Było oczywiście kilka warunków, które musiał spełniać: przystojny, a nawet bardzo przystojny (Anna liczyła, że w tej kwestii to jego geny zwyciężą), inteligentny, dobrze zbudowany, no i najlepiej, żeby miał już dzieci, bo to jawny dowód, że jest płodny.

Czterej mężowie na początku byli trochę zdziwieni gwałtownym zainteresowaniem okazywanym różnym ich kolegom, znajomym, czasami zupełnie zapomnianym, ale że zainteresowanie dotyczyło także ich żon i przede wszystkim dzieci, uznali, że nie ma się czym niepokoić. Na dodatek jeden z nich na kolejne meczowo-piwne spotkanie przyniósł informację podsłuchaną u koleżanek w pracy, że podobno trzydziestka u kobiet jest jakaś magiczna czy coś takiego. Łatwiej im było przyjąć „coś takiego” niż „magiczną”, więc przy tym zostali, tym bardziej, że właśnie zaczynał się mecz.

Kolejne zdziwienie dotyczyło kwietniowych urodzin Maryni, bo po pierwsze – nie odbyły się, jak to zawsze bywało, ani w dniu urodzin, ani nawet w sobotę przed lub po urodzinach, po drugie – zaproszone zostało w dużej ilości mieszane towarzystwo. Normalnie dziewczyny obchodziły urodziny tylko w swoim gronie, czyli zawsze w piątkę. Tę nagłą zmianę tłumaczyły tym, że postanowiły zerwać ze starą tradycją i stworzyć nową, więc urodziny Zośki, Anny i Izy w terminach odległych od ich faktycznych urodzin wpisali w niezrozumiały dla nich klucz rodzącej się nowej tradycji.

I zdaje się, że gdyby całe życie mieli poświęcić na znalezienie tego klucza, to zapewne nigdy, przenigdy do głowy by im nie przyszło, że stał za tym... organizm Anny, a ściślej – jej płodne dni.

Nie wchodząc w szczegóły powiem, że urodzona w lutym córka Anny jest dzisiaj piękną trzydziestoletnią kobietą, zawodowo poszła w ślady matki i czterech ciotek, pracuje w świetnie prosperującej pracowni architektonicznej, mąż też z branży i właśnie spodziewają się drugiego dziecka.

Po urodzeniu Wiktorii, przyjaciółki przywróciły starą urodzinową tradycję, co ich mężowie przyjęli z ulgą, nie dopytując już zbyt dociekliwie, skąd i dlaczego wzięło się jeszcze jedno lipcowe święto obchodzone „calvadosem” i dlaczego mówią o nim WPŻ.

- Za Wielkie Poczęcie Życia – wznosi toast Zośka.
- Za Wspólne Poczęcie Życia – dodaje Anna.
- Za Wielką Podróż Życia – chodźcie do komputera, w końcu dzieła Gaudiego można obejrzeć w necie.

A, warto dodać, że Wiktoria ma cztery przyjaciółki, jeszcze z ogólniaka.

Też fajne babki, tylko jedna z nich ma problem – jakoś słabo układa się jej z mężczyznami, nie może trafić na swojego, a chciałaby już mieć rodzinę, dziecko, no i za kilka miesięcy stuknie jej trzydziestka...

Zaraz, jak brzmiała popularna piosenka myśliwska z XVII wieku?

Pojedziemy na łów, na łów,
towarzyszu mój (...)
Aż tam biegnie zając, zając,
towarzyszu mój.
Puszczaj charty ze smyczą,
Niech zająca uchwycą,
towarzyszu mój!

Nowszy Starszy

Inne artykuły w kategorii Felietony

Skomentuj artykuł w Hydeparku Polonii

Dodaj swoją opinię do 1 komentarz w tym temacie.

Imię:
Komentarz:
Dodaj komentarz

~Anonim · 2009-10-05 13:28:50

ale oso kaman? :-)

Najnowsze artykuły

Magazyn w sieci

Hydepark Polonii

Franka Mauro
17 lip, 03:47
To najwspanialsza rzecz jakiej kiedykolwiek doświadczyłem w swoim życiu i muszę podzielić się tym wspaniałym świadectwem. Moje podziękowania [...]»
Gloria Kifita
16 lip, 23:11
What more can i say about this great man. Firstly Dr I will want to say a very [...]»
Elena Vedran
16 lip, 03:24
Nazywam się Elena Vedran. Bardzo się cieszę że mogę dzielić się moim wspaniałym i wspaniałym świadectwem ze wszystkimi [...]»

Najczęściej...