Podziel się   

Ludzie Pokaż wszystkie »

Wydanie 2012-10 · Opublikowany: 2013-01-24 12:08:26 · Czytany 34640 razy · 5 komentarzy
Nowszy Starszy

Prawdziwe oblicze Jana Meli: Ogromna tragedia kontra niesamowita osobowość.

Jan Mela (Fot. Paweł Małecki / Agencja Gaz)

Żyje pełnią życia, podróżuje, jest prezesem fundacji „Poza Horyzonty”, a przede wszystkim młodym człowiekiem z pasją. O tym, co dzieje się w jego życiu, z Janem Melą rozmawia Wioleta Wanat.

Jan Mela – ur. 30 grudnia 1988 w Gdańsku. Jest polskim polarnikiem, najmłodszym w historii zdobywcą obydwu biegunów (zdobył je w ciągu jednego roku). Jest jednocześnie pierwszym niepełnosprawnym, który dokonał takiego wyczynu. Założył fundację „Poza Horyzonty”. Jest współautorem programu podróżniczego w Radiu Kraków – Między biegunami.

Jan Mela stracił lewe podudzie i prawe przedramię w wyniku porażenia prądem, którego doznał w 2002 roku w Malborku, kiedy wszedł podczas deszczu do niezabezpieczonej stacji transformatorowej. Odzyskawszy przytomność dotarł o własnych siłach do domu. Został niezwłocznie przewieziony do szpitala w Gdańsku, gdzie po trzech miesiącach leczenia podjęto decyzję o amputacji kończyn.

  • Zdobywca wielu nagród:
  • Człowiek bez barier (2004),
  • Fenomen Przekroju (2005),
  • Kolos w kategorii Wyczyn Roku za zdobycie w ciągu jednego roku, w wieku 15 lat, obydwu biegunów Ziemi (2005),
  • Nagroda 5, 10 i dalej im. Marcina Kołodyńskiego (2005),
  • Nagroda Statuetka „Kryształków Zwierciadła” za działania na rzecz innych niepełnosprawnych w ramach fundacji „Poza Horyzonty”(2009).

Uczestnik wielu niesamowitych wypraw:

  • 2004: „Razem na Biegun”. Kontakt z Markiem Kamińskim nawiązał z pomocą Natalii Ostrowskiej, żony Wojciecha Ostrowskiego, a także rodziców. Wyprawa obejmowała obydwa bieguny Ziemi (północny i południowy) w jednym roku. Na biegun północny dotarł razem z Markiem Kamińskim, Wojciechem Ostrowskim i Wojciechem Moskalem.
  • 2008: Wyprawa na najwyższy szczyt Afryki –  Kilimandżaro.
  • 2009: Wyprawa na najwyższy szczyt Kaukazu – Elbrus; w wyprawie uczestniczył też niewidomy od urodzenia Łukasz Żelechowski oraz Piotr Pogon, który od 20 lat walczy z chorobą nowotworową i przeszedł resekcję płuca.
  • 2010: Wyprawa wspinaczkowa na liczący ponad 1000 metrów szczyt El Capitan w Kalifornii w Stanach Zjednoczonych. W wyprawie brał udział Andrzej Szczęsny, paraolimpijczyk i narciarz zjazdowy, który przeszedł amputację nogi.

Dla tych, którzy Cię nie znają jesteś osobą niepełnosprawną, którą mijają w swoim codziennym życiu na ulicy. Dla pozostałych ludzi jesteś wielkim podróżnikiem, zdobywcą dwóch biegunów. Kim tak naprawdę jest Jan Mela?

Każdy człowiek ma tak, że daną ilość informacji pokazuje na zewnątrz, a cześć pozostawia sobie w środku. Ja mam bardzo dziwne życie. Moim zadaniem bardzo często jest jeżdżenie do obcych ludzi i uzewnętrznianie się. To tak jakbym skalpelem rozcinał swój brzuch i pokazywał wszystko, co mam w środku. Często jeżdżę na różnego rodzaju spotkania motywacyjne do szkół podstawowych, gimnazjów, liceów oraz uczelni wyższych, szpitali, hospicjów, domów dziecka czy zakładów karnych, aby tych ludzi motywować do działania, do zmian. Moim narzędziem jest historia mojego życia i przykład tego, że mimo iż się wiele straci, nie ma się swoich wzorców, pieniędzy, nazwiska i nie pochodzi się z najlepszej dzielnicy Warszawy – tylko z przedmieścia małego Malborka – to można osiągnąć sukces.

Dlaczego zdecydowałeś się opowiadać swoją historię innym ludziom? Czy była to Twoja inicjatywa, czy ktoś Cię do tego zachęcił?

W moim życiu bardzo mało jest takich rzeczy, które ja sam sobie powybierałem. Ja nienawidzę wyborów. Mam takie ogromne szczęście, że większość ważnych rzeczy układa mi się w jakiś sposób spontanicznie.

Jak to wygląda? Możesz podać przykłady?

Jest ich bardzo wiele. Właśnie zastanawiam się nad zmianą mieszkania i nagle objawia mi się ktoś, kto potrzebuje kogoś do mieszkania. Chcę jechać w jakąś podróż i bardzo często jadę autostopem w innym kierunku niż dotychczas planowałem. Tak naprawdę każde moje doświadczenie życiowe było konsekwencją wcześniejszych wydarzeń. To wszystko układa się w jeden spójny ciąg.

Dlaczego pomagasz innym?

Pomagam innym, ponieważ mnie też pomogło wiele osób, kiedy tego potrzebowałem. Zobaczyłem, że w naszym kraju i na całym świecie jest masa ludzi, którzy chcą pomagać i którzy dzielą się sobą. My, Polacy, mamy bardzo często taką skłonność do narzekania. Widzimy tylko czubek swojego nosa. Jest dużo takich osób. Spotykam również takich, którzy chcą pomagać i są od tego uzależnieni. Dużo im to daje. Pomaganie to jest inwestowanie nie tylko w kogoś, ale również w siebie. Ja w to głęboko wierzę. Zobaczyłem, że mnóstwo ludzi potrzebuje pomocy. Mnie w moich trudnych życiowych sytuacjach wiele ludzi pomogło, więc uważam, że jeżeli mam jakieś narzędzie czy siłę do tego, żeby pomagać innym, to mam społeczny obowiązek dzielenia się tym.

Cofnijmy się w czasie. Jak wyglądało Twoje życie przed wypadkiem? Byłeś zwyczajnym nastolatkiem. Co lubiłeś robić i czym się interesowałeś? Czy to wszystko zmieniło się po tym wydarzeniu?

Na pewno zmieniło się moje podejście do mnóstwa rzeczy. Człowiek jest jak czysta kartka, która przez całe życie się zapisuje. Tych zapisanych stron przed wypadkiem miałem dużo mniej. Nie potrafię dzisiaj ocenić siebie, jakim byłem kiedyś. Na pewno wiele moich cech wzmocniło się przez ten wypadek. On mi pokazał, że z każdego problemu, z każdej trudności można wyjść. Z każdą trudnością można sobie w jakiś sposób poradzić. Moje życie dostarczyło mi dowodów, że się da.

W 2002 roku Twoje życie stanęło do góry nogami. Mając 13 lat w wypadku straciłeś rękę i nogę. Jak poradziłeś sobie z taką zmianą, która spadła na Ciebie w tak nieoczekiwanym momencie? Jak dochodziłeś do tego, żeby być na takim etapie życia, na którym teraz jesteś?

Mój wypadek i radzenie sobie z tym wypadkiem to był bardzo długi proces. Uważam, że każdy człowiek ma jakiś schemat przechodzenia przez traumatyczne wydarzenia. Na początku człowiek wypiera to wszystko. Jest okres ogromnego buntu. W efekcie po zastanowieniu, co się dzieje, dochodzimy do pewnej mądrości. Każde doświadczenie coś nam daje i każde nas wzbogaca. Mówi się, że cierpienie uszlachetnia człowieka. Jest w tym część prawdy.

Dla mnie ten wypadek był ogromną próbą. Każdy z nas ma swoje życie. Masz imię, nazwisko. Masz biały kolor skóry, jesteś kobietą, jesteś obywatelką Polski, być może jesteś katoliczką. Każdy ma mnóstwo takich etykiet, które dopóki nie dojdą do jakiejś granicy, to tak naprawdę nic nie znaczą, są puste. Masa ludzi po prostu żyje, nie zastanawiając się nad tym wszystkim. W gruncie rzeczy jeżeli twoje życie nie jest narażone na jakiś ogromny problem, trudność czy próbę, to tak naprawdę nie musisz sobie zadawać pytania, czy chcesz żyć. Dostałaś życie, więc żyj i się tym nie przejmuj. Żyj z dnia na dzień. Przychodzi jednak taki dzień, kiedy musimy o coś zawalczyć w naszym życiu i te sprawy stają się bardzo ważne.

Możesz podać przykład?

Nazywamy siebie katolikami. Chodzimy do kościoła. Wielu ludzi chodząc do kościoła niewiele słyszy czy nawet czuje. Wiedzą, że mniej uciążliwe jest odstanie godzinę w kościele raz w tygodniu, niż kłótnia z rodzicami, gdy nie mają ochoty na nabożeństwo – więc chodzą. Gdybyśmy żyli w kraju arabskim i stanąłby przed nami gość z karabinem i zapytał – w co wierzysz, i musielibyśmy na to odpowiedzieć, wielu dopiero wtedy by się nad tym zastanowiło i stwierdziło: mam to gdzieś, albo: to jest dla mnie bardzo ważne. Podobnie czułem się po swoim wypadku. Ktoś stanął z karabinem i zapytał mnie: stary, czy ty chcesz żyć w taki sposób? Wiedziałem, że jeżeli odpowiem „tak”, to będę miał na początku życie pełne cierpienia. Tak było, kiedy leżałem przez trzy miesiące po wypadku w szpitalu, kiedy lekarze walczyli o moje życie i musieli mi amputować rękę i nogę. To był czas ogromnego cierpienia fizycznego, które przekładało się na psychiczne.

Co wtedy czułeś?

Musiałem sobie zadać pytanie: czy żyć? A może w chwili nieuwagi lekarzy spróbować coś sobie zrobić – targnąć się na życie, wyskoczyć z okna? Człowiekowi w takiej chwili przychodzą różne pomysły do głowy. Wtedy zastanawiasz się: żyć czy nie żyć i odpowiadasz sobie w końcu: tak, chcę żyć! Po tym przychodzi kolejne pytanie: o jakie życie teraz walczysz? Czy ta gra jest warta świeczki? Jeżeli to ma być życie kaleki... Jeżeli moim celem walki przez te trzy miesiące w szpitalu jest, żeby wyjść i cieszyć się tym, że żyję, że egzystuję, że jestem kaleką, czyli kimś wątpiącym, niewidzącym w życiu sensu, ofiarą losu – to takie życie jest do bani – nie ma o co walczyć. Wtedy postanowiłem sobie, że chcę żyć i mieć godne życie. A o godności swojego życia decyduję przede wszystkim ja. Wszystko zależy od tego, jak pokieruję swoim życiem.

Jak to zrobić?

W tym momencie pomógł mi bardzo mój tata. Wytłumaczył mi różnicę pomiędzy słowem niepełnosprawność a kalectwo. Niepełnosprawność jest pewnym stanem ciała. Ktoś, kto straci wzrok, słuch, jeździ na wózku – jest niepełnosprawny i najprawdopodobniej przez resztę swojego życia niepełnosprawny będzie. To jest coś, co trzeba zaakceptować. To jest jakaś wada, problem, utrudnienie. Naturalna rzecz, każdy z nas jest w pewien sposób niepełnosprawny, tylko tego czasem nie widać. Kalectwo jest czymś, co siedzi w naszej głowie. Żyjemy w przekonaniu, że jesteśmy do niczego, nic nam się nie uda. Wiedziałem, że z kalectwem muszę walczyć.

Jak z tym walczyłeś?

Musiałem nauczyć się walczyć z myśleniem o sobie jako kalece. Musiałem nauczyć się żyć aktywnie, używać jednej ręki, chodzić na protezie. Wiedziałem, że nie chcę się zamykać w jakimś takim azylu osób niepełnosprawnych, więc muszę się nauczyć żyć na równi z osobami zdrowymi. Wiedziałem, że muszę się starać bardziej i bardziej na to zapracować, żeby być traktowany na równi, jak człowiek zdrowy.

A jak Ty podchodzisz do siebie i swojej niepełnosprawności?

Traktuję siebie jak człowieka zupełnie sprawnego i tak staram się zachowywać i żyć zupełnie aktywnie. Nigdy nie chciałem być na czyjejś łasce. Tak jak inni niepełnosprawni nie potrzebuję litości. Pomoc i wsparcie – tak, ale przez motywację, a nie wyręczanie. Wyręczając wcale się nie pomaga.

Życie Cię nie oszczędzało: oglądałeś pożar rodzinnego domu, młodszy brat utonął na Twoich oczach, a Ty sam w wypadku straciłeś rękę i nogę. Jak to robisz, że pomimo tylu przeciwności losu potrafisz iść do przodu z uśmiechem na twarzy, dając przykład innym ludziom?

Nie mam innego wyjścia. (śmiech) Człowiek albo idzie do przodu, albo się cofa. Stojąc w miejscu cofamy się. Jedyną opcją jest obierać kolejne cele i iść przed siebie. W pewnym momencie zrozumiałem, że siedzenie w miejscu i użalanie się nad sobą, patrzenie wstecz, zastanawianie się, co by było gdyby coś się potoczyło inaczej, co by było gdybym nie dopuścił do pożaru, co by było gdybym uratował mojego młodszego brata, albo nie wszedł do tego transformatora, gdyby życie wyglądało inaczej – że to nam w niczym nie pomaga.

Gdybyś miała wybór i mogła cofnąć czas, to byś się nigdy nie potknęła. Nigdy nie popełniłabyś żadnego błędu. Byłabyś idealna. To też oznacza, że byłabyś nudna i nieszczęśliwa. Życie natomiast cieszy tylko wtedy, kiedy odczuwamy kontrasty. Ładna pogoda cieszy nas wtedy, kiedy przychodzi po burzowym dniu. Cieszy nas właśnie taki kontrast i takich kontrastów trzeba szukać. Bolesne doświadczenia dają nam możliwość cieszenia się z tego, co mamy. Zrozumiałem, że nie ma sensu stać w miejscu. Spotykam cały czas w życiu wiele osób niepełnosprawnych i wiele osób chorych. Osób, których problemy są dużo większe niż moje. Ludzi, którzy mają gorzej. Kiedy ich widzę, to myślę sobie, że życie zależy od perspektywy z jakiej patrzę. Jeżeli wychodzę na ulicę i widzę ludzi zdrowych, którzy chodzą normalnie, którzy mają dwie ręce, to wiadomo, że pod względem zdrowia jestem od nich słabszy. Gdzieś tam po drugiej stronie, może parę budynków stąd, są ludzie, którzy mają gorzej i oni też żyją i też dają sobie radę. Oni też pewnie zadawali sobie pytanie, czy warto żyć. Powiedzieli sobie, że warto, więc z pewnej perspektywy jestem ogromnym szczęściarzem i staram się tym szczęściem cieszyć.

Po wypadku musiałeś przeżywać bardzo ciężkie chwile. Kto pomógł Ci w tym momencie najbardziej?

Wtedy największym wsparciem byli dla mnie rodzice. Byli przy mnie cały czas. To wcale nie było proste. Kiedy leżałem w szpitalu na pewno nie byłem ani trochę wyrozumiały. Krzyczałem! Czas amputacji ręki i nogi to był ogromny wielodniowy ból. Lekarze zmienili mi wtedy leki na ten najsilniejszy – morfinę. W tym okresie często następnego dnia po podaniu leku nie wiedziałem, co robiłem. Mama wtedy przechodziła trudne chwile. Opowiadała mi, że krzyczałem, że to wszystko przez nią. Mówiłem, że Piotruś umarł przez nich i to jest ich wina. Ja absolutnie tego nie pamiętałem. Dziś wyobrażam sobie, co wtedy czuła, kiedy każdego dnia przez trzy miesiące przyjeżdżała do syna z Malborka do Gdańska ponad godzinę drogi, pomimo tego, że miała męża, jeszcze dwie córki oraz pracę, i musiała to wszystko jakoś pogodzić. Przyjeżdżała i spotykała kogoś tak niewdzięcznego jak ja. Mimo to mogłem zawsze na nich liczyć.

Po wypadku pomógł Ci Marek Kamiński. Jak to się stało, że pojawił się on w Twoim życiu?

Plan był taki, że miałem go poznać będąc jeszcze w szpitalu. Moja mama zaprosiła go do mnie jako człowieka, który w życiu wiele doświadczył i przeszedł, który nieraz w życiu też musiał iść pod prąd. Mama uznała, że będzie on dobrą osobą do zmotywowania mnie. Do pokazania, że wypadek nie musi oznaczać końca świata. Marek oczywiście się zgodził i przyjął zaproszenie. Mieszkał wtedy w Gdańsku, a ja leżałem w tym samym mieście w szpitalu. Nie był to jakiś wielki logistyczny problem. W związku z dużą liczbą moich operacji pod narkozą, z przyczyn czasowych nie udało się jednak zorganizować tego spotkania i temat ucichł.

Kiedy doszło do waszego spotkania?

Z mojego punktu widzenia wyglądało to tak: miał przyjść Marek, zgodził się, ale nie przyszedł. Dopiero parę miesięcy po wyjściu ze szpitala pierwszy raz się z nim spotkałem. W międzyczasie Marek razem z przyjaciółmi zastanawiał się, jak może mi pomóc. To wtedy w głowie Marka pojawił się pomysł wyprawy na biegun.

Skąd taki pomysł?

Marek jest osobą pozytywnie szaloną, która stara się przełamywać wszelkiego rodzaju stereotypy i schematy myślowe. Akurat wtedy wpadł na taki pomysł. Dlaczego akurat wtedy – to chyba czysty przypadek.

Dlaczego właśnie Marek Kamiński? Dlaczego Twoja mama zdecydowała się właśnie na niego?

Nie mam bladego pojęcia. Czasami robi się coś – tak po prostu. Nie sądzę, żeby urządziła sobie casting, kogo by tutaj wybrać. Moja mama studiowała kiedyś z żoną jego przyjaciela. Któregoś razu spotkała go w kinie i pomyślała, że fajnie by było, jakby mnie odwiedził. On się zgodził. To było bardzo spontaniczne i nieplanowane.

Czy to dzięki jego fundacji dostałeś protezę nogi?

Można powiedzieć, że tak. Protezę dostałem bezpośrednio od firmy protetycznej, która takie protezy wykonuje. To wiąże się z pewną śmieszną historią.

Czy możesz nam ją opowiedzieć?

Kiedy zaczęliśmy się przygotowywać do wyprawy, to było oczywiste, że potrzebuję dobrej protezy. Na początku używałem takiej protezy z dofinansowania z NFZ-u, na której absolutnie nie da się uprawiać żadnego sportu. Na tej protezie nie mógłbym wyruszyć na taką wyprawę. Razem z rodzicami zaczęliśmy badać rynek. Pewnego razu pojechaliśmy do Warszawy. Moja ciocia powiedziała nam, że przyjeżdża tam taki protetyk z firmy skandynawskiej, która produkuje bardzo dobre protezy. Podczas spotkania zaczęliśmy się wypytywać o protezy. Jednym z naszych pytań było: jak taka proteza nogi sprawdziłaby się w warunkach -30, -35 stopni w Arktyce? Pytanie to nie było raczej standardowe jak dla protetyka, więc wzbudziło jego zainteresowanie.

Jak zareagował?

Był bardzo zaskoczony. Zaczął dopytywać o co chodzi. Powiedzieliśmy mu o pomyśle wyprawy i że zaczęliśmy się do tego przygotowywać. Mężczyzna zadzwonił do nas tydzień później. Powiedział nam, że dzwonił do właściciela firmy i szefowi spodobał się taki dziwny pomysł. Firma sama postanowiła mi przekazać taką protezę, za darmo. To było coś niesamowitego. Siłą rzeczy stali się oni pierwszymi sponsorami tej wyprawy, których pozyskaliśmy w tak nietypowy sposób. To było świetne, zwłaszcza, że taka proteza jest warta około 40 tysięcy złotych. Dla nas to było niesamowite wsparcie.

Co sprawiło, że zacząłeś podróżować? Czy wcześniej podróżowałeś? A może to Marek Kamiński zaraził Cię tą pasją?

Jakieś myśli i chęci podróżowania miałem od zawsze. Człowiek zawsze chciałby przejechać świat dookoła. Pytanie tylko, co robimy ze swoim życiem, żeby rzeczywiście dopiąć swego. Na ile zależy nam na tych marzeniach. Bardzo często jest tak, że wmawiamy sobie, iż są one nierealne i nawet się za nie nie zabieramy. Wyprawa na biegun nigdy nie była moim marzeniem. Tak naprawdę to ona i jej sukces pokazały mi, że skoro udało się to zrobić, to droga wolna i można robić wszystko. Jeżeli się mocno postaramy, to się uda.

Jesteś niesamowitą osobą. W ciągu roku udało Ci się zdobyć dwa bieguny. Skąd taki pomysł?

Pomysł nie był mój. Zaraził mnie nim Marek Kamiński. Pomysł kolejnej wyprawy na drugi biegun również był spontaniczny. Po półtorarocznych przygotowaniach udało nam się wszystko zaplanować. Biegun północny zdobyliśmy cudem. Było bardzo ciężko. Nie planowaliśmy kolejnej wyprawy. Dopiero z czasem, kiedy przekonaliśmy się, z jak dużym oddźwiękiem spotkała się ta wyprawa i ile osób dzwoniło, pisało do nas listy oraz maile z informacjami, że bardzo potrzebowali takiego przykładu bohaterstwa. Imponowało im to, że dokonał tego zwykły człowiek, z chorobami, problemami, człowiek niepełnosprawny, z którym utożsamia się więcej osób niż z takim Rambo. Po tej wyprawie szkoły, szpitale zaczęły mnie zapraszać na spotkania motywacyjne. Kiedy zetknęliśmy się z taką reakcją, postanowiliśmy zorganizować kolejną wyprawę, aby dopiąć swego i zrobić krok dalej.

Ile trwały te wyprawy?

Nie były bardzo długie. Sam marsz na biegun północny trwał 10 dni. Na biegun południowy natomiast 15 dni. Były to kilkunastodniowe egzaminy.

Nie bałeś się takich odważnych wypraw?

Bardzo się bałem. Strach jest zupełnie naturalny. Strach pomaga nam unikać niebezpieczeństw. Uważam, że nie jest to żaden powód do wstydu. Człowiek, który się nie boi, jest człowiekiem głupim.

Jakie były najtrudniejsze etapy tych wypraw?

Najtrudniejsza była psychika. Poradzenie sobie z tym wszystkim, co się dzieje. Z tymi wszystkimi emocjami, czasami z monotonią przestrzenną terenu, który nas otacza. Taka wyprawa potrafi być fascynująca, ale może być po prostu śmiertelnie nudna, bo świat wokół nas się nie zmienia. Wszystko wokół nas jest białe, niebieskie, śnieg, lód i nic więcej.

Nie zniechęcało Cię to do dalszego marszu?

Zniechęcało. I to bardzo. Widziałem jednak, jak wiele pracy już włożyliśmy w ten cały projekt. Wiedziałem, że mimo iż fizycznie tylko nasza czwórka drepcze na ten biegun, to oprócz nas jest jeszcze wielka grupa ludzi, bez których ten projekt by się nie odbył. To oni siedzieli gdzieś w domach i trzymali za nas kciuki i w pewnym sensie szli tam razem z nami. Wiedziałem, że nie mogę przez lenistwo czy zmęczenie ich zawieść i zmarnować ich pracy.

Pierwszymi podróżami, gdzie sprawdzałeś swoje siły, były wyprawy na bieguny. Co skłoniło Cię do wzięcia udziału w wyprawie na Kilimandżaro?

Spontan. Zadzwoniła Anna Dymna, którą trochę znałem, bo przyjeżdżałem na jej „Festiwal Zaczarowanej Piosenki” do Krakowa. Dla mnie to superokazja do spotkania wielu ludzi niepełnosprawnych, którzy są dużo bardziej sprawni niż niejeden sprawny człowiek. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Pani Anna i zapytała, czy chciałbym wziąć udział w takiej wyprawie i zgodziłem się.

Ile czasu trwały przygotowania do tej wyprawy?

Przygotowania trwały kilka miesięcy. Większość osób, które brały udział w tej wyprawie to osoby w jakiś sposób mocno zahartowane. Byli to sportowcy, którzy dbają o swoją kondycję każdego dnia.

Razem z Tobą w wyprawie uczestniczyli niewidomy chłopak, dziewczyna na wózku i mężczyzna z nowotworem. Każdy z Was miał jakiś problem, z którym musiał zmagać się w inny sposób. Powiedz, jak daliście sobie radę w tym specyficznym teamie?

Dla mnie to było wielkie zderzenie z taką niepełnosprawnością. Nie miałem bladego pojęcia, jak takie osoby się zachowują i jak dają sobie radę w tak ekstremalnych warunkach. Była to dla mnie zupełnie inna wyprawa. Wejście na szczyt było sprawą drugo- czy trzeciorzędną. Najważniejsze było wzajemne wsparcie. Nie wiedziałem, jakie potrzeby mają takie osoby, z czym mogą mieć trudności. Potem zobaczyłem, że każdy człowiek chce być potrzebny i może być użyteczny, jeżeli da mu się tylko taką możliwość.

Jak to wyglądało?

Niewidomego można ciągać ze sobą za rękę i robić wszystko za niego, bo on nic nie widzi. Łatwiej jest powiedzieć: stary, ty siadaj, ja zrobię to za Ciebie, bo coś jeszcze zepsujesz. Ale równie dobrze można go poinstruować: robisz parę kroków w tę, albo idziesz 50 metrów na godzinę trzecią i tam masz to i to. Takie osoby mają niewiarygodną wyobraźnię przestrzenną. Dają sobie świetnie radę. To była dla mnie niesamowita wyprawa, która pokazała, jak można te swoje niedoskonałości uzupełniać. Człowiek niewidomy może spokojnie pchać kogoś na wózku. A osoba na wózku może być oczami tego, który nie widzi. To była ważna lekcja uzupełniania się i tego, że na wszystko jest jakiś sposób.

W 2008 roku założyłeś fundację „Poza Horyzonty”, której jesteś prezesem. Skąd taki pomysł? Czy inspiracją była może fundacja Pani Anny Dymnej?

Po części tak. Widziałem, jak wiele jest osób potrzebujących. Wiele osób potrzebuje wsparcia, pomocy, motywacji oraz narzędzi i protez. Dlatego postanowiłem stworzyć tę fundację.

Czym ona się zajmuje?

Jest to fundacja, która siłą rzeczy jak większość innych fundacji po prostu wyręcza państwo. Gdybym mieszkał w Norwegii i uległ wypadkowi takiemu jak tutaj – byłbym „ustawiony” na całe życie. Siedziałbym sobie w domu i dzwonił do firm protetycznych pytając, jakie mają nowinki w tym zakresie. (śmiech) W Polsce człowiek niepełnosprawny nie ma pracy. Dostaje śmiesznej wysokości rentę, która ma mu wystarczyć na całe życie. Ludzie wpadają w błędne koło. Nie mają pieniędzy, bo nie mogą iść do pracy. Do pracy nie pójdą, bo nie mają ręki czy nogi. Na protezę nie zapracują, bo nie dostaną pracy i pieniędzy. Wszystko się zamyka. Takie osoby są często na uboczu. Dlatego postanowiłem, że zamiast narzekać na państwo muszę wziąć sprawy w swoje ręce i pomóc tylu osobom, ilu się da. Stąd pomysł na utworzenie fundacji. Stworzyłem ją po to, aby pomagać tym, którzy na to zasługują. To, że akurat ja miałem takie szczęście i dostałem protezę za darmo, to przypadek, ale równie dobrze to ja mógłbym się ubiegać o dofinansowanie i kombinować jak tutaj znaleźć 40 tysięcy złotych. Byłby to dla mnie kosmiczny problem, zresztą jak dla wielu pozostałych ludzi będących w podobnej sytuacji. Trzeba więc pomagać tam, gdzie ta pomoc jest potrzebna.

Skąd fundacja bierze pieniądze na pomoc niepełnosprawnym ludziom?

Pozyskujemy pieniądze z 1% podatku, poprzez różnego rodzaju wpłaty własne od darczyńców, zbiórki publiczne, organizację wydarzeń charytatywnych: koncertów, zawodów. Mam coś takiego jak „klub wspieracza”. Każdy człowiek może zadeklarować jakąś miesięczną kwotę, którą chce wpłacać na nasze konto. Czasem prowadzę szkolenia korporacyjne dla kadry menadżerskiej i z tego też pozyskujemy konkretne pieniądze na działalność fundacji. Pieniędzy zawsze brakuje. Jeżeli ktoś mi zada pytanie, ilu osobom pomogliśmy, to mogę odpowiedzieć, że kilkunastu. Gdybyśmy się zajmowali kupowaniem trampków, mógłbym powiedzieć: słuchajcie, w tym miesiącu pomogłem 200 osobom. Wybrałem sobie jednak taką działkę, gdzie jedna proteza kosztuje od kilkunastu do kilkudziesięciu, a nawet stu tysięcy złotych. Mimo to zamiast zakładać ręce wolę walczyć o każdą z tych osób.

Ile do tej pory kupiliście protez?

Kilkanaście. Czasami różnice w cenach są przeogromne. W zależności od wieku danej osoby. Zupełnie inaczej wygląda proteza dla kilkumiesięcznego dziecka, a inaczej dla nastolatka, który nadal rośnie i musi częściej ją wymieniać. Jeszcze inaczej dla studenta, który jest nastawiony na działanie. Zupełnie inaczej dla osoby dorosłej, starszej, dla której jest ważna stabilność protezy. To też zależy od poziomu amputacji, czy ktoś ma amputowaną samą stopę, czy nogę już na wysokości uda. W tym drugim przypadku są potrzebne protezy z mechanicznym kolanem, w którym siedzi mechaniczny procesor czy bateria. Taka proteza kosztuje nawet do stu, stu dwudziestu tysięcy złotych. Te różnice są przeogromne. Staramy się pomagać tam, gdzie możemy. Idzie to bardzo wolno, ale gdyby nie ta pomoc, to takie osoby zostałyby całkowicie same, zupełnie bez nadziei.

Na jakiej zasadzie wybieracie osoby, którym pomagacie?

Każda osoba, która chce się ubiegać o wsparcie naszej fundacji wypełnia specjalny formularz, który potem czytamy. Spędzamy wiele godzin czytając i przeglądając różne sytuacje. Zastanawiamy się, w jaki sposób można tym osobom pomóc. Czasami zdarza się, że mamy kontakt z firmą, która postanawia np. zorganizować bal charytatywny i chce przekazać pieniądze na jakąś konkretną osobę podając swoje wytyczne. Na przykład ma być to osoba z małopolski, najlepiej dziecko. Jeżeli mamy akurat takiego kandydata, to pomagamy w ten sposób. Jeżeli zdarza nam się, że w ramach jakiegoś projektu dostajemy dofinansowanie np. 10 tysięcy i możemy zrobić z tymi pieniędzmi co chcemy, to wtedy wybieramy osoby najmniej medialne. Pomagamy tam, gdzie jest najmniejsza szansa pomocy i gdzie ta pomoc jest najbardziej potrzebna.

Co jest w tym najtrudniejsze?

Najtrudniejszy jest wybór. Tutaj mamy największy dylemat. Przeglądając te wszystkie podania zastanawiam się nad tym, kim ja jestem, żeby decydować, kto dostanie nowe nogi za miesiąc, a kto za rok. Trzeba znaleźć jakiś sposób. Gdybyśmy każde pieniądze dzielili po równo dla wszystkich ludzi, którzy się zgłaszają, to efekt byłby taki, że przez pierwsze trzy lata nikomu nie kupilibyśmy żadnej protezy.

Ile takich wniosków wpływa w ciągu miesiąca?

Bardzo dużo. W tej chwili mamy listę około 60 podopiecznych z całej Polski. To jest tylko cząstka tego, co przychodzi. Niestety muszę teraz odmawiać ludziom, czyli prosić ich, aby pisali np. za pół roku. To jest bez sensu, abym przyjął listę 400 osób i powiedział każdemu, kto do mnie zadzwoni: pomożemy Ci, skoro wiem, że tą osobą zajmiemy się dopiero za rok albo półtora, bo teraz musimy pomagać tym, którzy są na liście już od dawna. U nas ważne jest prawo chronologii. Jeżeli ktoś starał się o pomoc bardzo dawno, to ma w pewien sposób pierwszeństwo. Bywa tak, że spływa do nas kilka wniosków miesięcznie.

Twoja fundacja zorganizowała do tej pory już trzy projekty (wyprawę siedmiu osób na Elbrus (5642 m n.p.m.), start teamu biegowego – Jasiek Mela Team – w największym na świecie i najbardziej prestiżowym maratonie – ING New York City Marathon oraz wspinaczkową wyprawę na El Capitan w Kalifornii). Może przybliżysz je naszym Czytelnikom?

Tak naprawdę najbliższe mojemu sercu są takie projekty, które dopiero teraz zaczynamy. Mamy takie założenie, żeby co roku robić jedną większą wyprawę integracyjną. Pierwszą wyprawą była wyprawa na Elbrus w Rosji. Druga to wyprawa wspinaczkowa na El Capitan w Parku Yosemite w Kalifornii. Trzeci projekt to udział w maratonie.

W tamtym roku zorganizowaliśmy integracyjną wyprawę w Beskid Niski dla 10 osób niepełnosprawnych i to ten projekt jest najbliższy mojemu sercu. Patrząc z zewnątrz jest najmniej spektakularny, ale najbardziej cenny, ponieważ moim zdaniem o wielkości wyprawy nie decyduje wysokość szczytu, ale to, co taka wyprawa daje uczestnikom. Uważam, że nie ma sensu kolekcjonować szczytów. Po tych wyprawach na bieguny, Elbrusie, Kilimandżaro, objazdach po festiwalach podróżniczych, przyznam się, że nieraz słyszałem propozycje uczestnictwa w kolejnej wyprawie na jakąś górę. Dla mnie każda moja wyprawa miała jakiś cel większy niż zdobycie samego szczytu. Dla mnie zdobycie kolejnego szczytu tylko dlatego, aby się pochwalić: słuchajcie, zdobyłem K2, to jest siódma góra korony ziemi, którą zdobyłem – nie ma najmniejszego sensu. Za to zrobienie wyprawy z grupą osób, dla których wyrwanie się z domu jest jakimś cudem, jest naprawdę dużym osiągnięciem. To jest coś niesamowitego. Robimy w tym roku podobną wyprawę w Bieszczady pod koniec września. Osoby, które zaprosiliśmy do projektu, już teraz regularnie dzwonią, cieszą się, chodzą na treningi. Są to osoby, które często nie chciały chodzić na rehabilitację, a teraz nagle zaczynają walczyć!

W tamtym roku mieliśmy kilka takich osób, które uczestniczyły w naszym projekcie. Mówię znajomemu: przygotuj się dobrze do matury, bo wiem od twojej mamy, że masz złe oceny – jak ci się uda, to pójdziesz z nami. I chłopak w dwa miesiące poprawia oceny na świetne stopnie, żeby tylko wziąć udział w naszej wyprawie. To jest kwestia motywacji i bardzo mnie cieszy, kiedy ci ludzie widzą nagle swoją wartość. Mówią sobie: ja, chłopak z małej wsi, bez ręki czy nogi, zawsze wytykany palcami, teraz mogę być pokazywany w całkiem inny sposób, jako wzorzec. Są to osoby, które spotykam w szpitalach, czasem po próbach samobójczych, a które potem dzwonią do mnie po paru latach i same motywują inne osoby do działania. Dla mnie największym celem fundacji jest zarażanie ludzi energią i sprawianie, żeby się czuli ludźmi wartościowymi.

Jesteś niesamowitym człowiekiem. Jan Mela to osoba niepełnosprawna, godna naśladowania i podziwiana za ogromną odwagę oraz niespotykaną osobowość. Wielu moich kolegów na pewno zadawało Ci podobne pytania dotyczące Twoich wypraw i walki z niepełnosprawnością. Czytelnicy magazynu „Polonia” chcieliby się dowiedzieć o Tobie jak najwięcej, jakim jesteś człowiekiem „od kuchni”. Zadam więc kilka pytań na zasadzie szybkich skojarzeń.

Mam na imię Jan i…  

Jestem ciekawy świata.

Moje ulubione zajęcie to…

Majsterkowanie.

Najbardziej kocham…

Moją ukochaną dziewczynę.

Moje największe marzenie to…

Założyć rodzinę.

Najbardziej chciałbym zobaczyć…

Zorze polarne.

Mój ulubiony kolor to…

Pomarańczowy.

Najbardziej nie lubię…

Nieszczerości.

W przyszłości chciałbym zostać…

Operatorem kina.

W życiu najbardziej cenię…

Wyobraźnię u ludzi. Bo my kreujemy świat, który nas otacza i to my sami sprawiamy, że jesteśmy szczęśliwi albo smutni. To my sami nadajemy sens przedmiotom. Używając wyobraźni, będąc w jednym miejscu można przenieść się w zupełnie inne. Kiedy pojechaliśmy na biegun północny i szliśmy gęsiego jeden za drugim w odstępach maksimum dwa metry, tak naprawdę każdy z nas był w całkiem innym miejscu. Bardzo cenię w ludziach, kiedy potrafią używać wyobraźni do radości, do bycia w życiu szczęśliwym. Nie można być zbytnio realistą, bo to czasami jest takie uderzanie głową o beton. Czasem warto się oderwać.

Dziękuję za rozmowę!

Nowszy Starszy

Inne artykuły w kategorii Ludzie

Skomentuj artykuł w Hydeparku Polonii

Dodaj swoją opinię do 5 komentarzy w tym temacie.

Imię:
Komentarz:
Dodaj komentarz

Wiesia · 2016-12-06 18:30:14

Bierze mnie obrzydzenie jak czytam tak nieludzkie komentarze.Wielki szacun dla Jana.

Marzena · 2016-12-06 17:48:08

Ludzie skąd w was tyle nienawiści????!!!Chlopak tyle wycierpial, dał radę pokonać ból , cierpienie psychiczne, jestem mamą dwóch chłopców i nie wiem czy udzwignelabym tyle nieszczęść. Janek jesteś wielki!!!!!!!!!

ww · 2016-12-06 17:45:19

Macie sumienie ?

krysia · 2016-12-06 16:42:46

niewinne dzieci potrzebują pomocy a on ma to na własne życzenie???????

janek · 2016-12-06 16:18:53

najpierw ćpał i stracił nogę i rękę to teraz bohater. rodzice mieli z nim kłopoty a teraz bohater wielki lepiej pomóżcie dzieciom które nie przyczyniły się do swojego kalectwa.

Najnowsze artykuły

Magazyn w sieci

Hydepark Polonii

Bożena
26 kwi, 05:10
To zawsze dobra wiadomośc jak ktoś wygra z nałogiem. Wiem jak to straszna choroba bo mój mąż brał [...]»
57KerenOr
12 kwi, 04:17
WYJDŹCIE Z BABILONU LUDU MÓJ... * Gdybym tam był to każdy kamień przywołałby łezkę w oku... Gdybym tam [...]»
57KerenOr
12 kwi, 04:14
WYJDŹCIE Z BABILONU LUDU MÓJ... Gdybym tam był to każdy kamień przywołałby łezkę w oku... Gdybym tam był [...]»

Najczęściej...