Podziel się   

Felietony Pokaż wszystkie »

Wydanie 2009-07 · Opublikowany: 2009-08-10 13:51:54 · Czytany 4515 razy · 3 komentarzy
Nowszy Starszy

Spiskujący mężczyźni, rude kobiety i meksykańska miłość

Sobota, 16.00, Karolina

Karolina przyszła na spotkanie zdruzgotana. Tym razem, wyjątkowo, doskonale ją rozumiem. Nie ma trudniejszej rzeczy dla kobiety, jak zobaczyć swojego eks w pełni szczęścia, a to właśnie jej się przytrafiło poprzedniego dnia.

Wprawdzie Karolina i Tomasz rozstali się prawie rok temu i to ona go zostawiła, gdyż, jak twierdziła, nie dotrzymywał jej kroku, ale tak naprawdę to kompletnie bez znaczenia, jak do rozstania doszło i kto kogo zostawił, bo

eks i tak przez długi czas powinien:

- chodzić przygnębiony („ciągle nie może się pogodzić, biedaczysko…”),

- dzwonić przynajmniej przez pół roku z prośbą o spotkanie („spotkać się nie mogę, ale muszę z nim czasem porozmawiać przez telefon, bo taki jest załamany...”),

- nie kupować sobie niczego nowego i chodzić w niewyprasowanych koszulach („proszę, nawet ubrać się beze mnie nie potrafi...”),

- opuścić się w pracy albo jeszcze lepiej, zostać zwolnionym i bezowocnie szukać nowego zajęcia („a nie mówiłam, że ofiara losu, a jeszcze tak tęskni za mną, że na niczym nie może się skupić...”).

Niestety, eks Karoliny nie tylko przestał dzwonić po miesiącu i zmienił pracę na lepiej płatną i bardziej prestiżową, ale do tego, już po pół roku, zaczął spotykać się z interesującą menadżerką dyskoteki „Tropics”.

Wczoraj, feralnego piątku, o godzinie 13.00, Karolina widziała Tomasza z Ingrid wychodzących ze sklepu „La noche de luna” (hiszp. noc poślubna, a dosłownie – księżycowa noc).

Kupić farbę – rudy, miedziany.

Lubię zmieniać kolor włosów, to tak jakbym wszystko zaczynała od początku, takie małe katharsis. Pewnie psycholog wygłosiłby na ten temat jakąś mało przyjemną teorię, ale...

Teraz wejdę w okres rudości i poczuję się prawie jak Picasso; okres błękitny, różowy... Potem, patrząc w lustro, przypomnę sobie bohaterki mojego dzieciństwa (i nie tylko) – rudą Pippi Langstrump i rudą Anię z Zielonego Wzgórza.

W czasach moich lat podstawówkowych była w naszym, prawie portowym mieście (10 km do morza), grupa młodych, rudych kobiet. Mówiło się o nich „lepsze”. Mówiło się też „ mokre”, a to od nazwiska sióstr, których nie wiadomo ile w tej kilkuosobowej grupce było i czy w ogóle były tam jakieś siostry. Można je było rozpoznać z daleka po płomiennych, natapirowanych głowach, a z bliska po pięknych (przynajmniej w moich oczach) makijażach i zagranicznych ciuchach.

Ludzie mówili o nich z pogardą pomieszaną z zazdrością.

Wydawały mi się wtedy takie tajemnicze. „Lepsze”, zawsze eleganckie i pachnące. W czasach, kiedy kobiety biegały z siatami w smutnych, peerelowskich ubrankach, one przechadzały się roześmiane po głównej ulicy miasta z lakierowanymi torebkami pod pachą.

Mieszkałam vis-à-vis największego hotelu w mieście, na którym wieczorem zbierały się okoliczne wrony i gawrony. Lubiłam przyglądać się rozwrzeszczanym i dobrze zorganizowanym ptakom, ale tak naprawdę czekałam na pojawienie się „mokrych”. Często znikały z miasta, a kiedy wracały, wydawały mi się jeszcze bardziej tajemnicze i ekscytujące.

Rude nigdy nie korzystały z komunikacji miejskiej. Wozili je zagraniczni faceci w zagranicznych samochodach albo taksówkarze. Wokół rudych kobiet zawsze kręcili się przystojni mężczyźni, mówiący w obcych językach.

Potem nagle zniknęły z krajobrazu miasta na dobre, może wyniosły się do Warszawy, a może za granicę, a ja dalej obserwowałam wrony na dachu.

Środa, 14.00, zadzwonić do mamy.

Staram się dzwonić prawie codziennie. Nie mogę odwiedzać jej w Polsce częściej, niż raz w roku, a ostatnio nie widziałyśmy się już dwa lata. Czasem, kiedy przegapię kilka dni albo po prostu nie mam czasu, słyszę niezmienne: „A my już się martwiliśmy z tatusiem...”.

Razem się martwią i razem się śmieją, kłócą o przyszłość planety Ziemi, o źle pozmywane przez ojca talerze (pod wrzątkiem i bez płynu) i jego krytyczne uwagi wygłaszane na temat rodaków.

„Jeszcze wszyscy siedzieliśmy przy stole, a tatuś już zaczął sprzątać. Przecież ja bym to potem zrobiła. Jak to wygląda?” –  i zaraz sama sobie odpowiada. – „Jakby już chciał, żeby sobie poszli!”

Mam ochotę powiedzieć: „Mamo, przecież tata robi to od 30. lat i niezmiennie bawi go, że ty się denerwujesz. Wyluzuj i pośmiej się z tego. Wszyscy go już znają.” Ale się powstrzymuję. Powstrzymuję się, kiedy opowiada o ciotce Baśce – podręcznikowym przykładzie hipochondrii. „Dzisiaj to już mnie zdenerwowała. Zbysiu taki chory, dopiero wrócił ze szpitala, a ona mówi, że jest zdrowy jak byk! Za to ona miała w nocy takie kłucia, że nie mogła wstać z łóżka!”

Przecież od starożytności wiemy, że ciotka ma wszystkie choroby świata i te rozpoznane, i te, o których medycyna jeszcze nic nie wie. Kiedy wyczerpała się już lista organów zewnętrznych i wewnętrznych, które mogą u człowieka szwankować, ciotka stwierdziła, że boli ją mózg.

Za chwilę mama opowiada z ożywieniem: „Mierzyliśmy sobie dzisiaj wszyscy u cioci ciśnienie. Wiesz, ja nie lubię, ale chciałam jej pokazać, że nie tylko ona ma problemy. I co? Ja miałam wyższe! Basia zaraz powiedziała, że dopiero co wzięła tabletkę i dlatego jej spadło!”

Ostatnio do rozrywek na spotkaniach u ciotki doszło mierzenie poziomu cukru. Mama denerwuje się, że tata nie chce mierzyć, a przecież pobiłby ich wszystkich na głowę!

Na koniec zawsze pyta, co u mnie słychać, a ja jej niezmiennie odpowiadam, że bardzo dobrze.

Książka dla Trinidad.

Trinidad pochodzi z Meksyku i, jak chyba wszyscy w tym kraju, jest bardzo wierząca. Jej imię oznacza Trójcę Świętą. Bardzo kocha papieża Polaka i kiedy powiedziałam jej, że mam wywiad rzekę z Janem Pawłem II, przeprowadzony przez Covadonga O’Shea, stwierdziła, że MUSI to przeczytać. Jutro zaniosę jej książkę, bo nie obsłuży mnie więcej w swoim małym sklepiku z „mydłem i powidłem”.

Trini prowadziła kiedyś, ze świętej pamięci mężem, mały hotelik, tzw. pension. Tani, bez wygód, na dni albo na godziny. Nazywał się „Poniente” (hiszp. zachodni wiatr).

Juan zdradzał swoją żonę nałogowo. Nocami dorabiał jako ochroniarz w dyskotece i uwodził turystki na swój szelmowski uśmiech i smagłe, wysportowane ciało. Lubił także odwiedzać okoliczne clubs, czyli domy uciech. Wypijał drinka albo zostawał w towarzystwie, którejś z pracujących dziewczyn. Nigdy nie miał dość.

Choć trudno w to uwierzyć, ale bardzo kochał swoją Trini. I wszyscy w dzielnicy El Moli o tym wiedzieli. Dosłownie nosił ją na rękach, obsypywał kwiatami i nie miał w sobie ani kszty porywczości charakterystycznej dla Latynosów.

Trinidad udawała, że nic nie wie o jego eskapadach, ale serce ją bolało. Kiedyś wpadła na szalony pomysł, że zacznie sypiać z klientami swojego pensionu i tak zrobiła.

Kiedy wychodziła z jakiegoś pokoju uśmiechnięta i poprawiała potargane, czarne najgłębszą z czerni włosy, wiadomo było, że właśnie skończyła zabawę z jakimś młodym chłopcem. Robiła to w sposób wręcz ostentacyjny. Trinidad była wtedy atrakcyjną kobietą i mogła przebierać w kochankach.

I tak oboje udawali, że jedno o drugim nic nie wie, a Juan nadal przynosił Trini kwiaty.

Dwa lata temu Juan zmarł nagle na udar mózgu. Trini sprzedała hotelik i otworzyła mały sklepik z artykułami pierwszej i drugiej potrzeby. Nigdy nie widziałam jej z żadnym mężczyzną. Nikt jej nie widział. Kiedyś spytałam, dlaczego z nikim się nie umawia.

„Po co? – odpowiedziała. – Przecież Juan już nie żyje.”

Zanieść zdjęcia do wywołania.

Mężczyzna jest istotą TWÓRCZĄ, a już z pewnością STWARZA problemy. Zauważyłam ostatnio, że przedstawiciele płci brzydkiej mają skłonność do podejrzeń i teorii spiskowych.

Mężczyźni z zasady nie mówią dużo, ale wszędzie węszą spisek. Mają w genach wojowanie i spiskowanie, a że walczyć jest trudniej, często zostają przy spiskowaniu.

Partner życiowy jednej z moich przyjaciółek nie chce się przyznać w Polsce, że miał pierwszą wystawę swoich fotografii w Hiszpanii. Na otwarciu, na które przybyłam z aparatem, żeby pstryknąć kilka zdjęć jego zdjęciom i „wrzucić” do jakiejś polskiej gazety (niech się cieszy kiełkującą sławą!), syknął na powitanie: „Tylko nie pisz o tym! Za wcześnie!”

Kiedy tak stałam jak zamurowana, nie wiedząc czy chociaż mogę się ruszać, przyjaciółka uświadomiła mi, że on boi się konkurencji z Polski, która, kiedy dowie się o jego sukcesie, niechybnie zaleje Hiszpanię!

Partner życiowy innej mojej przyjaciółki uważa, że jest dyskryminowany przez Katalończyków, którzy zwracają się do niego w swoim języku, choć jego rodzimym językiem jest hiszpański! Sąsiedzi z góry, choć nie Katalończycy, spiskują przeciwko niemu stukajac w podłogę obcasami, a dziecku karzą biegać na bosaka, co też jest odgłosem nie do zniesienia.

O partnerze życiowym mojej trzeciej przyjaciółki nie będę pisała, bo to poważniejsza sprawa. No, chociaż dwa zdania, bo nie wytrzymam! Otóż on uważa, że jest obserwowany (na razie nie zdradził przez kogo) i jeśli wieczorem dzwoni domofon, nie pozwala podnosić słuchawki. Przyjaciółka obawia się, że wkrótce będzie trzeba wprowadzić wieczorne zaciemnienie.

Jest jeszcze jeden, tak się dobrze zapowiadał, taki zdawał się być beztroski i z poczuciem humoru... Opuścił kraj, bo naraził się nieopatrznym słowem i czynem pewnej grupie, a ta mu tego (czynu i słowa) z pewnością nie daruje do końca życia! Ale to już nie jest partner żadnej z moich przyjaciółek...

Kupić koszulkę Barcy dla R.

Rozmawiałam z synem przez telefon. Jak zwykle nie miał czasu, ale gdyby miał go w nadmiarze, bardziej by mnie to martwiło.

Najsmutniejszą rzeczą jaką przeczytałam ostatnio, było wyznanie jednej z córek Scotta Fitzgeralda. Kiedy była w college’u, a ojciec pisywał do niej listy, otwierała kopertę, wytrzepywała ją, sprawdzając czy nie ma wewnątrz czeku, a potem nieprzeczytany list wrzucała do kosza.

Dobrze, że żyjemy w dobie komunikacji telefoniczno-internetowej.

Nowszy Starszy

Inne artykuły w kategorii Felietony

Pozostałe kategorie tego artykułu: · Polonia w USA · Polonia na świecie

Skomentuj artykuł w Hydeparku Polonii

Dodaj swoją opinię do 3 komentarzy w tym temacie.

Imię:
Komentarz:
Dodaj komentarz

Zyta · 2010-12-02 10:18:29

To jest po prostu świetne! Dlaczego pani już nie pisze?!

Początkujący Emigranyt · 2010-01-01 23:01:45

Świetny artykuł.

belzebub · 2009-09-08 13:27:30

Nareszcie !!! :-))) Yoo!!!

Najnowsze artykuły

Magazyn w sieci

Hydepark Polonii

Marek
21 maj, 03:04
Chwilówki nie są złym rozwiązaniem pod warunkiem że przestrzegamy okresu na jakie są udzielane. Wiele firm oferuje pierwszą [...]»
Kate Igor
19 maj, 04:57
Dziękuję panu dr Isikolo za prawdziwe czary. Natknąłem się na wiele świadectw zeznań DR ISIKOLO rzucającego zaklęcia voodoo [...]»
Renata.37
17 maj, 06:27
Odkryłam jogę dość późno ale może to i lepiej bo teraz mam sprawdzone sposoby na walkę z bólem [...]»

Najczęściej...