Podziel się   

Historia Pokaż wszystkie »

Wydanie 2009-02 · Opublikowany: 2009-06-08 22:47:28 · Czytany 6229 razy · 0 komentarzy
Nowszy Starszy

Skinoe – niechciany polski wynalazek

W sierpniu 1953 roku agencja Reutera podała informację o młodym, niespełna 33-letnim Polaku, który pokonał – choć tylko połowicznie – Kanał La Manche. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że poruszał się pieszo, a na nogach miał dziwnie wyglądające buty, a raczej narty własnej konstrukcji.

Skinoe

Narty wykonane były z drewna i korka. Wynalazca nazwał je „skinoe” – połączenie słów „ski” (narty) i „canoe” (kajak). Określenie to najlepiej chyba opisuje naturę tego wynalazku i jego wygląd. To, co Woźniak miał założone na nogi, wyglądało jak dwie połówki przeciętego wzdłuż kajaka 3,5 metrowej długości. Jak przystało na kogoś, kto poruszał się na nartach, podczas wędrówki po wodzie Woźniak używał kijków zaopatrzonych na końcach w korkowe krążki. Wędrowiec odpychał się nimi, jakby używał wioseł.

Aleksander Woźniak opuścił francuskie Calais rankiem 15 sierpnia. Po niespełna 6. godzinach wędrówki dotarł do połowy cieśniny. Za sobą miał przeszło 10 mil! I wtedy zdarzył się przeciek. Ale nie w jego „nartokajakach.” Przeciekać zaczęła towarzysząca mu w tym niebezpiecznym przedsięwzięciu łódź. Musiała zawrócić do brzegu. W takiej sytuacji również i nasz śmiałek zdecydował się na powrót. Było to i tak ogromne osiągnięcie – pokonany odcinek był dwukrotnie dłuższy, niż szerokość Kanału Bristolskiego, który Woźniak przeszedł w ramach treningu miesiąc wcześniej.

Następną próbę pokonania cieśniny oddzielającej Wielką Brytanię od kontynentu podjął dopiero w 1956 roku. Tym razem wypuścił się na morze sam. Po przejściu 3 mil z Doker w stronę Francji, nastąpiło załamanie pogody. Wiatr i boczne fale zniosły go z kursu. Przypadkowo przepływająca łódź zabrała pechowca do portu.

Patent na buty do chodzenia po wodzie

Niespełna pół roku po tej próbie Woźniak wystąpił o brytyjski patent na swój wynalazek. Jak wynika z opisu patentowego, każdy z butów był w istocie niewielką łódką. Po ich zsunięciu – wewnętrzne płaszczyzny pływaków były płaskie – całość przypominała kajak. Można też powiedzieć, że wyglądało to jak kajak przecięty wzdłuż, a następnie ponownie złożony z powstałych w ten sposób dwóch połówek. W celu zabezpieczenia przed rozsuwaniem na boki obie części były połączone za pomocą linek i zestawu krążków – umożliwiało to swobodne przemieszczanie się obu pływaków względem siebie wzdłuż osi podłużnej. Oddziaływanie falującej powierzchni wody kompensowane było za pomocą sprężyn zamontowanych na końcach tych linek. Wynalazca nie określał materiału, z jakiego należało wykonać oba kadłuby. Mogła to być blacha aluminiowa, kompozyt z włókna szklanego i żywic, sklejka, tworzywa sztuczne itd. Wnętrze pływaka było podzielone na zamknięte komory. W jednej z nich znajdował się specjalny uchwyt na stopę użytkownika. W celu zapewnienia stabilności pływaka u spodu zamontowany był kil.

Oczywiste jest, że osoba wyposażona w takie „buty” nie mogłaby poruszać się efektywnie po wodzie, gdyby nie były one zabezpieczone przed cofaniem się podczas „chodzenia.” W przeciwnym wypadku możemy sobie wyobrazić delikwenta przebierającego wprawdzie nogami, ale tkwiącego wciąż w tym samym punkcie. Woźniak znalazł na to rozwiązanie. Zastosował w tym celu kieszenie z elastycznego materiału zamontowane do kilu w obydwu butach. Gdy użytkownik przesuwał jedną nogę do przodu, kieszenie na danym pływaku układały się płasko i nie stawiały oporu. Nieodłączna w takim przypadku „ucieczka” drugiego „buta” do tyłu sprawiała, że uniesiona kieszeń stawiała wodzie zwiększony opór, a to powodowało niemal całkowite zatrzymanie tej nogi. Piechur odpychał się w ten sposób od wody! Jak wykazały praktyczne testy, system ten umożliwiał poruszanie się z prędkością około 5. węzłów przy prądzie poprzecznym.

Do czterech razy sztuka

Kilka lat po pierwszych próbach, Woźniak ponownie wyruszył na wodę. Tym razem odniósł duży sukces, ale trzeba przyznać, że i przeciwnika wybrał sobie mniej wymagającego. A, i sprzęt, na którym wędrował, był nieco lepszy. W piątek, 1 lipca 1960 roku, mimo ostrzeżeń ze strony miejscowej policji, Woźniak przeszedł w poprzek ujście Tamizy od Southend do Sheerness. Trasa mierzyła 9 mil, a pływaki, w których wędrował, miały po 4 metry długości. Te, których używał podczas prób pokonania Kanału La Manche, były o pół metra krótsze. W drogę przez Tamizę ruszył zaopatrzony w prowiant w postaci butelki mleka, tabletek glukozy i dwóch wieprzowych pasztecików. Jego wyprawę obserwowały z brzegu tłumy letników. Choć prąd przypływu przesuwał go nieco w górę rzeki, to i tak przemieszczał się ze stałą prędkością około 5. węzłów. Na brzeg w Sheerness wyszedł entuzjastycznie przyjęty przez plażowiczów. Po krótkiej przerwie planował ruszyć w drogę powrotną, jednak tym razem policjanci mu to wyperswadowali.

Zachęcony sukcesem podjął kolejną próbę pokonania La Manche. 13 maja 1961 roku wyruszył ponownie z Dover do Calais. Niestety, zarówno przebieg, jak i rezultat tej wyprawy nie odbiegały zbytnio od próby sprzed pięciu lat. Wiatr i prądy zaczęły go znosić i praktycznie uniemożliwiały kontynuowanie wyprawy. Dodatkowo fala wytworzona przez jeden z przepływających statków omal go nie zatopiła. Po czterech godzinach zmagań z morzem, dobrnął do St. Margaret’s Bay między Dover a Deal, zaledwie cztery mile od miejsca startu. Stąd zadzwonił na policję, by odwołała rozpoczętą już akcję poszukiwawczą. Aleksander Woźniak ponowił swoją próbę dotarcia do Francji jeszcze miesiąc później, 7 czerwca, ale i tym razem musiał zawrócić. Po dwóch godzinach od wyjścia w morze, zabrała go łódź straży przybrzeżnej.

Polski wynalazca nie był jedynym, którego ratowali tego dnia brytyjscy strażnicy. Wcześniej wyłowili dwóch studentów. Allan Witt i John Rowe wypłynęli z Dower w... zwykłej emaliowanej wannie, którą wyposażyli w silnik i śrubę napędową. Zdążyli pokonać aż 14 mil, zanim wzburzone morze uniemożliwiło im dalszą podróż.

Drugi patent

W tym okresie Woźniak wciąż pracował nad udoskonaleniem swojego wynalazku. We wrześniu 1960 roku złożył kolejny wniosek patentowy. Zasadnicza część jego aplikacji dotyczyła rozszerzenia możliwości wykorzystania wynalazku poprzez dodanie trzeciego elementu – samodzielnego kadłuba montowanego pomiędzy dwoma pływakami. Właściwe połączenie wszystkich trzech elementów zapewniał łącznik dziobowy, umożliwiający w pewnym zakresie wzajemne przemieszczanie pływaków i kadłuba w falującej powierzchni wody. W stanie złożonym całość mogła funkcjonować samodzielnie, jak zwykła łódź. Po wypięciu pływaków użytkownik mógł kontynuować podróż po wodzie „pieszo”.

Środkowy kadłub mógł być wykonany tradycyjnie ze sztywnego lekkiego poszycia (np. z tworzywa sztucznego), jednak konstruktor skłaniał się ku rozwiązaniu zapewniającemu większą mobilność – proponował zastosowanie szkieletu i naciągniętej nań elastycznej, wodoszczelnej powłoki (np. brezentowej). Rama miała być w takim wypadku składana z elementów umożliwiających łatwy montaż i demontaż. Środkowy kadłub stanowił właściwie samodzielną jednostkę pływającą i mógł być wykorzystany do holowania osoby stojącej w „skinone”, lub na odwrót – to „piechur” mógł ciągnąć za sobą tę niewielką łódkę wyładowaną np. prowiantem lub sprzętem. Zdaniem wynalazcy zakładana wielowariantowość tego urządzenia stwarzała szereg możliwości zastosowania go np. w marynarce wojennej, przede wszystkim w jednostkach zwiadowczych, jak również w celach rekreacyjnych.

Woźniak przewidział kilka wariantów napędu swojej łodzi. Dopuszczał montaż śruby motorowej na rufie kadłuba, a także możliwość osadzenia niewielkiego masztu na dziobie. Jednak najwięcej uwagi poświecił w swoim opisie patentowym kwestii rozwiązania napędu ręcznego. W tym przypadku śruba napędowa miała być poruszana za pomocą mechanizmu obsługiwanego przez sznur z dwoma uchwytami. Żeglarz mógł się poruszać naprzód pociągając naprzemiennie obie liny. Do manewrowania służyły linki zamontowane do końców obu pływaków. Zwiększając kąt rozwarcia pomiędzy danym pływakiem a środkowym kadłubem, można było skierować całą jednostkę pływającą w przeciwnym kierunku.

Jak nie w poprzek, to wzdłuż

Nie wiadomo, kiedy Aleksander Woźniak rozpoczął prace nad swoim dziełem. Niewiele też znamy szczegółów z jego życia prywatnego. Jak informowały gazety, ten mieszkający w Dagenham (Essex) i pracujący, jako kreślarz techniczny Polak, w czasie wojny służył, jako pilot myśliwców RAF-u.

W sierpniu 1966 roku świat usłyszał o nim ponownie. Tym razem dopiął swego. Wprawdzie nie była to wyprawa przez Kanał La Manche, ale środkiem nurtu Tamizy. Szedł z Marlow do Westminster Bridge w Londynie. Było to największe osiągnięcie Woźniaka – tym spływem, a raczej należałoby powiedzieć „przejściem,” uczcił 1000-lecie Państwa Polskiego.

Niechciany wynalazek

Woźniak wprawdzie nie został pierwszym człowiekiem, który pokonał przesmyk La Manche w butach do chodzenia po wodzie, ale w niczym nie zmienia to faktu, że „skinoe” rzeczywiście działały.

Dlaczego zatem o nich nie słyszymy? Jak pokazuje historia techniki, wykonalność idei wynalazczej nie jest wystarczającym warunkiem praktycznej jej realizacji. Dobry pomysł, czy nawet działający model, to dopiero początek drogi. Wdrożenie do produkcji i sprzedaży choćby najbardziej genialnego, a zarazem zdawałoby się potrzebnego rozwiązania stanowi największe wyzwanie dla wynalazcy. W procesie tym istotne jest rozpoznanie zapotrzebowania na dane usprawnienie, względnie umiejętność wykreowania takiej potrzeby. Ważna jest przede wszystkim promocja, i skuteczność w dotarciu z pomysłem do potencjalnego klienta.

Nie można zarzucić Woźniakowi braku zaangażowania w promocję swojego dzieła. Spektakularnymi próbami, podejmowanymi niekiedy na granicy zagrożenia własnego życia, potrafił przyciągnąć zainteresowanie mediów. Najwyraźniej nie zdołał pozyskać wsparcia inwestorów. A może rzeczywiście nikt nie potrzebował wtedy butów do chodzenia po wodzie?

Nowszy Starszy

Inne artykuły w kategorii Historia

Skomentuj artykuł w Hydeparku Polonii

Dodaj swoją opinię do komentarzy jako pierwszy!

Imię:
Komentarz:
Dodaj komentarz

Najnowsze artykuły

Magazyn w sieci

Hydepark Polonii

Jola
21 mar, 08:19
Witam. mam pytanie czy to jest normalne ze po wykonaniu lasera ablacyjnego CO2 na drugi dzien mam strasznie [...]»
Bogdan Domeracki
17 mar, 15:58
„POLACY w kraju Helwetów”… Zapraszamy także do nas...! »
Marie Elizabeth
09 mar, 14:34
Oh je me sens de nouveau en vie après avoir subi beaucoup de traumatismes et de chagrin. Je [...]»

Najczęściej...