Podziel się   

Historia Pokaż wszystkie »

Wydanie 2009-05 · Opublikowany: 2009-06-08 14:47:27 · Czytany 3760 razy · 0 komentarzy
Nowszy

Wszystko o dolarze. Część 3: blednący dolar

Przez cały XIX i początek XX wieku dolar amerykański – mimo iż był gwarantowany parytetem złota – nie cieszył się wzięciem w Ameryce, a tym bardziej poza jej granicami. Wpływ na to miała nie tylko dwukrotna, ogromna dewaluacja dolara, która podważyła do niego zaufanie, ale również fakt, że do Ameryki, jako kraju o olbrzymim potencjale rozwojowym, napływały – głownie z Europy – wielkie kapitały inwestycyjne.

Sytuacja zmieniła się dopiero w czasie I wojny światowej, kiedy na zrujnowanym kontynencie europejskim gwałtownie wzrosło zapotrzebowanie na towary z USA, w tym szczególnie na żywność i uzbrojenie. Ten boom eksportowy trwał jeszcze kilka lat po wojnie, dzięki czemu Ameryka mogła spłacić wszystkie wcześniej zaciągnięte kredyty i z dłużnika stać się wierzycielem wielu krajów europejskich.

Prawdziwie złota era zielonego dolara zaczęła się jednak dopiero po II wojnie światowej. W roku 1945 na międzynarodowej konferencji w Bretton Woods, przedstawiciele najbogatszych krajów świata zadecydowali ostatecznie, że amerykański dolar oceniany jako opoka bogactwa i środek najbezpieczniejszej lokaty, będzie w międzynarodowym handlu i działalności gospodarczej główną walutą rozliczeniową. Od tego czasu znaczenie i prestiż dolara wzrastały z każdym rokiem, zyskując mu wiele znaczące miano „dolara wszechmogącego”.

Ogromny rozwój gospodarczy na świecie, połączony z postępem technicznym i wielkimi inwestycjami, gwarantowany był przez banki i różne instytucje finansowe głównie w walucie amerykańskiej. Oczywiście największe znaczenie miały tu miliardowe kredyty przekazywane przelewami lub inkasami, udzielane każdemu, kto ich potrzebował – niezależnie od tego czy przeznaczone były na inwestycje gospodarcze, żywność, uzbrojenie, czy walkę z przeciwnikami politycznymi. Ale również niepomiernie wzrastało zapotrzebowanie na zielone banknoty do obrotu gotówkowego, bowiem w przypadkach zagrożeń politycznych czy gospodarczych, a nawet tylko przy narastającej inflacji w różnych krajach – indywidualnie i zbiorowo wymieniano zasoby finansowe i oszczędności z regionalnej waluty na dolary, jako środek, który gwarantował pozostawanie w trwałym obiegu, i na którym nigdy nie można było stracić. W pełni dotyczyło to również obrotów rozwijających się gwałtownie na czarnym rynku, a nawet narastającej korupcji, które to procedery musiały być rozliczane nie inaczej, jak tylko tzw. żywą gotówką. Miało to miejsce nawet w krajach o ustroju socjalistycznym, gdzie prawną walutą rozliczeniową był sowiecki rubel. Tam zresztą dolarowi przypisano dowcipne, ale życiowe powiedzenie: „Najlepszy z poliglotów – plik zielonych banknotów.” Stąd ciągłe, wielkie emisje tych banknotów, rozpływające się po całym świecie. Wszystko to razem doprowadziło do tego, że Stany Zjednoczone stały się głównym wierzycielem większości krajów, już nie tylko Europy, ale niemal całego świata.

Ameryce pozwalała na to wielka wewnętrzna koniunktura gospodarcza, stymulowana przez niebywały rozwój przemysłu wsparty osiągnięciami naukowymi i efektywnością w produkcji, co przyniosło jej miano kraju najbogatszego w świecie, a zarazem największego mocarstwa technologicznego. Firmy amerykańskie wytwarzające produkty na najwyższym poziomie technicznym, wysoko zyskowne i mądrze zarządzane, okazały się wobec konkurentów na globalnym rynku nie do pokonania. Wzrostowi bogactwa USA sprzyjał też ogromny rynek wewnętrzny, którego chłonność wzrastała równomiernie z zamożnością konsumentów.

Ale szczęście w kwestiach ekonomicznych różnych krajów – podobnie jak w odniesieniu do bogactwa ich przeciętnych obywateli – nie jest trwałe bez rachunku ekonomicznego. O tym decyduje prosta zależność: czy ma się wciąż większe dochody od wydatków, czy wydatki przekraczają już dochody?

Ten drugi wariant wystąpił w Ameryce od roku 70. dwudziestego wieku. Koszty szaleńczej konsumpcji Amerykanów, przy stałym zwalnianiu tempa produkcji krajowej, przekroczyły wysokość dochodów płynących do Ameryki. Po prostu, importowi dóbr konsumpcyjnych, z gwałtownie wzrastającą ilością paliw na czele, nie sprostało to, co Amerykanie mogli wyeksportować. Powstałą w ten sposób dziurę finansową między wydatkami a dochodami, ktoś musiał zatkać. Ameryka została zmuszona, by znów, po 80. latach stać się kredytobiorcą. Tym razem rolę kredytodawców zaczęli spełniać ci, którzy eksportowali na rynek amerykański najwięcej swoich towarów – państwa azjatyckie, z Chinami na czele.

Amerykański dolar – jeśli chodzi o jego wartość nabywczą – zaczął blednąć. Notabene – przedstawiając historię dolara w poprzednim numerze magazynu „Polonia” – podałem informację, że na banknotach dolarowych, drukowanych już od roku 1776, sporadycznie pojawiały się zmiany, ale dotyczące tylko ich szaty graficznej i dodatkowych zabezpieczeń. Dziwnym zbiegiem okoliczności właśnie po roku 70. zaczęto też zmieniać kolorystykę awersu tych banknotów, czyli stronę czołową, dodając do zieleni trochę żółci, a więc i lekkiej bladości. Nasuwała się refleksja: czy ta bladość nie będzie symboliczna dla przyszłości dolara?

Niestety, okazało się to rzeczywistością. Nie tylko wysoka konsumpcja wewnętrzna w Stanach Zjednoczonych, ale i zaangażowanie się tego kraju jako obrońcy demokracji i strażnika porządku na świecie, skutkujące udziałem armii amerykańskiej w wielu kosztownych operacjach, w tym i konfliktach zbrojnych, a także spełnianie roli dobroczyńcy dla krajów zagrożonych gospodarczo – spowodowały, że wzrost zadłużenia Ameryki, pokrywanego obligacjami rządowym (nb. chętnie przyjmowanymi przez banki zagraniczne), stał się normą. Wobec potencjału gospodarczego USA nie stanowiło to jeszcze wielkiego zagrożenia, gdy wysokość tych kredytów kształtowała się w granicach 100 do 200 miliardów dolarów rocznie. Ale tak było tylko do połowy lat 90.

Koszty dwóch wojen: w obronie Kuwejtu i wyzwalaniu Iraku, a także ogromny wzrost cen paliw importowanych na zaspokojenie rynku amerykańskiego dla ponad 120 milionów pojazdów – zmusił rząd USA do zaciągania coraz większych kredytów. Jednocześnie od roku 2000. nastąpiło osłabienie wartości dolara na skutek wprowadzenia w części Europy waluty rozliczeniowej w postaci euro, a na znacznych obszarach Azji – japońskiego jena. Do tych obciążeń dołączyły problemy na wewnętrznym rynku finansowym. W pogoni za dodatkowymi zyskami amerykańskie banki wdały się w ryzykowne operacje, zwłaszcza w udzielanie wysokich kredytów hipotecznych ludziom, których dochody nie gwarantowały spłaty takich kredytów. Opierano się tu na mocno naiwnej wierze, iż wartość finansowanych nieruchomości będzie stale wzrastać, co miało stanowić wystarczające zabezpieczenie dla kredytodawców. Życie wykazało coś zupełnie innego, czego bolesne skutki dziś odczuwamy i co przyczyniło się do wielkiego kryzysu gospodarczego w Ameryce, rozciągającego się następnie na cały świat.

Na słynnym cyfrowym liczniku zainstalowanym w roku 1989 na nowojorskim Times Square, pokazującym zadłużenia narodowe Ameryki, skończyła się 13. cyfrowa skala. Nie przewidywano wówczas, że zadłużenie to osiągnie ponad 10 bilionów dolarów, określane 14. cyframi. Warto tu dodać, iż jest to dług 10-krotnie wyższy, niż odnotowany w roku 2000. A jak przewidują specjaliści finansowi na podstawie aktualnej sytuacji, w roku budżetowym – który rozpoczął się 1 października 2008 i skończy się 31 września 2009 – zadłużenie Ameryki wzrośnie o kolejny bilion dolarów.

Spadek wartości dolara wobec innych walut, w jakich od 2000. roku rozliczane są międzynarodowe transakcje, waha się obecnie w granicach od 20. do 40. procent. To powoduje, że dolar uznawany jest za tzw. „gorący pieniądz”, którego należy się możliwie szybko pozbywać. Zdaniem wielu ekonomistów zanosi się więc na to, że dolar wkrótce jeszcze bardziej ograniczy, a być może i zakończy, swój żywot jako główna waluta świata. I to nie tyle na rzecz euro czy jena, ale – jak się już w pewnych kręgach finansowych planuje – waluty ogólnoświatowej, emitowanej przez mający powstać nowy bank międzynarodowy.

Powracając jeszcze do zmiany kolorów dolara; można powiedzieć złośliwie, iż blednie on ze wstydu i zazdrości, że wypierają go inne waluty. A mówiąc poważnie: w banknotach dolarowych tylko dlatego zmieniane są kolory, żeby trudniej je było podrabiać, co w naszym pięknym, ale nad wyraz przedsiębiorczym świecie nie stanowi rzadkości. W najbliższym czasie do zieleni i żółci dolara mają być jeszcze dodane: czerwień i fiolet. Jakimi symbolami będą te kolory dla jego wartości, to się dopiero okaże. Dotychczas uznawano, że czerwień symbolizuje walkę o władzę polityczną, a fiolet walkę o rząd dusz... W historii Ameryki zielony dolar zawsze miał wielkie znaczenie dla tej walki. Czy kolorowy jeszcze ją wzmoże?

Nowszy

Inne artykuły w kategorii Historia

Skomentuj artykuł w Hydeparku Polonii

Dodaj swoją opinię do komentarzy jako pierwszy!

Imię:
Komentarz:
Dodaj komentarz

Najnowsze artykuły

Magazyn w sieci

Hydepark Polonii

Dr Sunaj Edward
15 sty, 17:57
Cześć Szukamy dawców nerki Znajdujemy się w Indiach Kanadzie Wielkiej Brytanii Turcji USA Malezji RPA Jordanii itp. Bardzo [...]»
Dr Sunaj Edward
15 sty, 17:56
Cześć Szukamy dawców nerki Znajdujemy się w Indiach Kanadzie Wielkiej Brytanii Turcji USA Malezji RPA Jordanii itp. Bardzo [...]»
Dr Sunaj Edward
15 sty, 17:56
Cześć Szukamy dawców nerki Znajdujemy się w Indiach Kanadzie Wielkiej Brytanii Turcji USA Malezji RPA Jordanii itp. Bardzo [...]»

Najczęściej...