Podziel się   

Ludzie Pokaż wszystkie »

Wydanie 2009-07 · Opublikowany: 2009-08-14 18:55:29 · Czytany 4488 razy · 3 komentarzy
Nowszy Starszy

Tomasz Tomaszewski (cz.I)

Ceniony na świecie polski fotograf, zdobywca prestiżowych nagród , od dwudziestu lat współpracownik „National Geographic”, autor książek i albumów. Niedoszły fizyk z zacięciem naukowca, wykładowca fotografii w Polsce, Niemczech, we Włoszech i USA. Prywatnie, niezmiennie zakochany w swojej żonie Małgorzacie Niezabitowskiej, podwójny dziadek, uroczy i skromny intelektualista. O sobie mówi, że nie ma talentu, a o kobietach, że mają przewagę nad mężczyznami, poszukuje doświadczania prawdziwego życia zamiast szczęścia, wierzy, że o człowieku świadczy także to, czemu mówi „nie”.

Tatiana Kotasińska: Współpracuje Pan ze znanym miesięcznikiem „National Geographic”, który z powodu korzystania czytelników z mediów elektronicznych znacznie obniżył nakład. Co Pan sądzi o kierunku rozwoju współczesnych mediów?

Tomasz Tomaszewski

Tomasz Tomaszewski: - Media poprzez reklamę formują wrażenie pozoru na tyle przekonywającego, że ludzie mają się czym zająć, dostają nowe zabawki do ręki i bawią się, nie idąc w głąb. Niestety, prasa jest zdominowana przez mężczyzn. Ci rzadko dojrzewają, więc zajmują się zabawkami – a to nowy komputer, a to telefon. Proszę sobie wyobrazić, że są wydawane pisma dotyczące telefonów komórkowych! Ja nie mogę sobie nawet wyobrazić kupienia pisma dotyczącego samochodu, mimo że uwielbiam jeździć... Ale żeby czytać na ten temat! Wszystko przenosi się do Internetu, który jest medium bardzo powierzchownym, zawierającym w większości szum i zajmującym się zabawianiem nas. Tylko prawdziwi poszukiwacze, którzy płacą kilka tysięcy dolarów miesięcznie za subskrypcje mają dostęp do tej prawdziwej wiedzy. Nie ma narzędzi, które pomogłyby przeciętnemu człowiekowi odsiać informację prawdziwą od konfabulacji i banału. I póki człowiek się tym nie zmęczy, nie zajmie się informacjami prawdziwymi.

Zdaje się, że nie jest łatwo przeciętnemu odbiorcy w ogóle nie korzystać z mediów, a obecnie z Internetu?

Tomasz Tomaszewski

- Sami decydujemy o tym, kim jesteśmy. Mamy wybór i możemy odmówić czytania takich rzeczy, włączania telewizora. Wiedza zawsze była przedmiotem elitarnym, docierała do wybranych. W tym zakresie nic się nie zmieniło. Problem właśnie polega na tym, że szum informacyjny jest dostępny powszechnie. Każdy może napisać kompletną bzdurę, wysłać to w przestrzeń i za chwilę dotrze ona do setek tysięcy ludzi. Osoby niewykształcone, bez intelektualnego zaplecza są bardzo podatne na te wszystkie półprawdy i manipulacje. Okazuje się, że aby dzisiaj uczestniczyć w życiu kulturalnym nie musisz mieć nawet całej ręki, wystarczy dłoń, prawy kciuk, żeby w telefonie wystukać SMS-a lub kanał w pilocie. To jest ta czarodziejska różdżka, drzwi do tej kultury masowej, która zamula nam mózgi. Siła rażenia jest gigantyczna. Dawniej kultura wyższa choć była bardzo elitarna, to rzeczy głupie nie docierały do takiego grona ludzi i nie czyniły spustoszenia w mózgach. Ci, którzy nie mieli dostępu do  wysokiej kultury wyznawali pewne zasady, które były im przekazywane przez całe pokolenia, byli mentalnie i moralnie bardzo zdrowymi ludźmi. Posiadali życiową wiedzę, odnosili się z szacunkiem do tradycji. Dziś człowiek niewykształcony, na głębokiej prowincji ma antenę satelitarną, z której sączy mu się do głowy jad, banał, i prostactwo. To czyni w jego mózgu wielkie spustoszenie i krzywdę.

Wspomniał Pan, że sytuacja wciąż odrobinę lepiej wygląda poza dużymi aglomeracjami miejskimi...

- Odczułem to boleśnie, kiedy ostatnie dwa lata spędziłem fotografując polską wieś. Generalnie czułem się tam bardzo dobrze, bo mimo że ci ludzie w większości przypadków mają kontakt z cywilizacją poprzez antenę satelitarną, większy procent z nich włącza telewizję rzadko. Oglądają filmy a nie informacje czy seriale telewizyjne o niczym – produkcja z Hollywood z tej szóstej kategorii sanitarnej. Ci ludzie są, moim zdaniem, ciągle zdrowsi niż ludzie wielkomiejscy, którzy zatracili bardzo wiele z podstawowych wartości. Np. sposób w jaki są dzisiaj wychowywane dzieci, jak traktuje się ludzi starszych – to na wsi funkcjonuje znacznie lepiej. Chylę czoła przed dużą częścią osób, które na tej wsi spotkałem. Trudno przypuszczać, że mogą być partnerami w jakichś poważnych dysputach intelektualnych, ale są to uczciwi ludzie, którzy patrzą pani w oczy, kiedy do pani mówią. Jeśli się im coś nie podoba, powiedzą to od razu – nie konfabulują, nie kuglują. Mówią to, co czują. Potrafią też przekazać te wartości swoim dzieciom. Uczą ich rzeczy szlachetnych, np., że nie należy kłamać, manipulować innymi, że trzeba mówić prawdę. To w wielkim mieście zanika. Za sprawą, między innymi, tej piekielnej telewizji, która jest chyba największym niszczycielem, którego sami sobie wyhodowaliśmy na plecach, za własne pieniądze. A arogancja ludzi, którzy są odpowiedzialni za poziom tego wszystkiego, co jest pokazywane... Z niewiadomych zupełnie powodów oni myślą, że wiedzą, czego ludzie potrzebują. A skąd niby mają to wiedzieć, będąc często sami prostymi, niewykształconymi ludźmi? Oni również za prawdę biorą to, co wiedzą, choć najczęściej wiedzą bardzo niewiele. Bardzo niewiele.

Co tracimy przenosząc się w świat mediów elektronicznych?

- Są to rzeczy skomplikowane i trochę wprawiające mnie w zły nastrój, kiedy myślę, w jaką stronę to idzie. Zachwyt tymi nowymi zabawkami jeszcze chwilę potrwa. Niedługo prasa w formie drukowanej zaniknie. Wszyscy będziemy oglądali informacje w Internecie, co oznacza, że jeszcze bardziej powierzchownie będziemy odbierali ten przekaz. Skonfrontowanie się z fizyczną kartką papieru, na której jest wydrukowane coś, do czego można wrócić, co można przeczytać siedząc w komfortowych warunkach jest zupełnie innym doświadczeniem, niż czytanie nagłówków w Internecie, czując zadyszkę. Nie można nabrać powietrza w płuca, wydaje się, że nie ma na nic czasu, więc skacze się tylko po nagłówkach. Te teksty, które głównie dotyczą zła... A zło moim zdaniem jest przedmiotem banalnym. Nie mam wykształcenia filozoficznego, ale sadzę, że z problemem zła na swoje potrzeby potrafię się uporać. Jestem w stanie, choćby sam sobie wytłumaczyć, dlaczego ludzie są źli. Ku mojemu zaskoczeniu, świat zajmuje się głównie tym banalnym tematem, podczas gdy istnieje znacznie ciekawsze, głębsze i niezrozumiałe dla mnie pojęcie – dobro. Tym się jakoś nikt nie zajmuje. Ja, na przykład, nie mogę sobie poradzić z pytaniem, dlaczego ludzie potrafią być dobrzy.

Tomasz Tomaszewski

Jak czuje się człowiek mający niekwestionowany talent w jakiejś dziedzinie, za pomocą, którego wytycza swoją drogę życiową?

- Od czasu kiedy nabrałem więcej świadomości, mam wrażenie, że Pan Bóg nie był przy moich narodzinach, a przynajmniej nie przejął się faktem, że przychodzę na świat. Nie wyposażył mnie w coś, co się nazywa talentem. Dlatego też, żeby dojść do różnych rzeczy, muszę ciężko pracować. Nie potrafię, na przykład, grać na fortepianie, co jest moim cichym marzeniem. By móc usiąść i zagrać jakiś dobry kawałek jazzowy, coś w rodzaju „Over the Rainbow”, byłbym w stanie oddać wszystko, co posiadam i co potrafię robić. Byłbym wtedy bardzo szczęśliwym facetem. Ale Pan Bóg był dla mnie za to na tyle łaskawy, że w miarę wcześnie, a dla mężczyzny bardzo wcześnie, pozwolił mi dojrzeć, czyli nabrać umiejętności rozpoznawania różnicy miedzy rzeczami ważnymi a rzeczami głupimi. Rzadko dojrzewamy, a mężczyźni na pewno w tym nie prowadzą. Znam kobiety, które w młodym wieku są osobami już dojrzałymi, głębokimi.

Mówi się coraz więcej o kryzysie męskości. Rozumiem, że podziela Pan ten pogląd?

- Znam mężczyzn, którzy głównie zajmują się kolekcjonowaniem doświadczeń i robią to do końca życia. Mądrość bierze się wprost z doświadczeń, ale nie można się temu poświęcić do końca. Przychodzi taki moment w życiu, kiedy należy użyć tych doświadczeń i pójść w głąb siebie, żeby się naprawdę dowiedzieć, kim, do diabła, tak naprawdę jesteśmy.

Otóż robi to bardzo niewielu z nas. Wśród mężczyzn muszę przyznać, że nie znam wielu, którzy by się zajęli tym problemem. To wynika być może ze strachu, który jest głównym naszym wrogiem, podczas gdy odwaga wydaje mi się być matką wszystkich cech. Jeśli pani w tę odwagę zainwestuje, to jest to dobry początek do tego, żeby naprawdę zmądrzeć, dorośleć. Mam takie, może aroganckie przekonanie, że w którymś momencie jakoś w miarę dojrzałem. Poszedłem w głąb siebie i przestałem zajmować się światem odbitym, a zacząłem myśleć nad tym, kim jestem i jakby siebie znaleźć, umiejscowić. W tym też kontekście myślę o fotografii, która jest dla mnie inną formą myślenia. Warto nauczyć się myślenia, bo wtedy popełni się mniej błędów. Będzie się miało lepsze życie, jak i wszyscy wokół nas. (śmiech)

Proszę powiedzieć więcej o fotografii, jako formie myślenia.

- Otóż, traktując fotografię, jako inną formę myślenia, szybko dojdzie się do wniosku, że ona nie tylko jest dowodem na to, co zostało na niej pokazane, a może bardziej lub przede wszystkim jest dowodem na to, kto stał za tym aparatem i zrobił zdjęcie. Szczególnie, że żyjemy w czasach, w których wszystko chyba już zostało pokazane. Wiadomo też, że fotografia nie jest dokładnym sposobem zapisu rzeczywistości, ale raczej obrazuje stan umysłu tego, który wybiera kadr. Ważne jest więc, a dla fotografa najważniejsze, jakie zdjęcia pokazywać publicznie, bo te mówią odbiorcy kim on jest.

I takie założenie musi wystarczyć, żeby uprawiać ten „wyczerpany twórczo” zawód?

- Otóż wydaje mi się, że nie to, co jest przedmiotem zdjęcia jest w stanie nas zadziwić, podniecić, zaintrygować, tylko to, jak inaczej ktoś potrafi o tym powiedzieć. Czyli dzisiaj interesuje ludzi interpretowanie świata, w którym żyją. I tu tak niewiele zostało zrobione, i to ględzenie na temat tej globalnej wioski jest jakimś niewyobrażalnym nadużyciem. My o świecie nie wiemy dużo, a o człowieku już najmniej. W mieście takim jak Nowy Jork, jest więcej adresów e-mailowych, niż na całym kontynencie afrykańskim. I gdyby dzisiaj mieszkańcom Afryki za darmo dać Internet, to gwarantuję, że przez pierwsze pięć lat większość z nich i tak by oglądała strony pornograficzne, zanim by sięgnęła po prawdziwą wiedzę. Mimo tego, że my mamy dostęp do tej wiedzy, teoretycznie, bo mamy narzędzia w postaci mediów czy książek, ale w ogóle z tych narzędzi nie korzystamy. Dotykamy rzeczy raczej po wierzchu. Zajmujemy się głównie życiem odbitym albo zabawą. Proszę mi wierzyć, nie mądrzejemy. Byłem w 68. krajach i opowiadanie o tym, że ten świat jest lepszy, niż był 50 lat temu, jest nieporozumieniem. Ludzie są, według mnie, bardziej zagubieni niż byli dawniej.

Dlaczego według Pana, jako interpretatora rzeczywistości i podróżnika, tak się dzieje?

- Dlatego, że telewizja, Internet i prasa podważyły i zanegowały bardzo wiele z takich podstawowych wartości, które człowiek musi wyznawać, żeby mieć zdrowy kręgosłup. Jeśli zaneguje się wszystko, to będziemy się czuli zawieszeni w pustce, w próżni, bez żadnych punktów odniesienia. Będziemy czuli się wykorzenieni i to, że nasze życie nie ma sensu. To jest traumatyczne doświadczenie. Jeśli ktoś nie zna historii, to jest zdany na powtórne przeżycie tego wszystkiego. Jeśli oduczą nas szacunku do przeszłości, do tradycji, to po prostu nie będziemy wartościowymi ludźmi, nic nie zbudujemy.

Kto dał Panu ten kręgosłup moralny?

- (śmiech) Wie pani nikt mi tego nie dał, niestety. Wolałbym tutaj wymienić imię i nazwisko, ale to jest po prostu wynik zajęć domowych. Lekcji czytania, myślenia, rozmawiania ze sobą, zadawania sobie pytań, w których, nawiasem mówiąc, upatruję więcej wartości niż w odpowiedziach. Na wiele z pytań, które cisną się do głowy, nie mam dobrych odpowiedzi. Fakt, że rozmawiam ze sobą, by dowiedzieć się kim jestem, ale też pracować nad sobą, by być trochę lepszym… To daje mi taką drobną satysfakcję i pewność, że jak stanę twarzą w twarz z gorylem, na przykład, to dobrze się poczuję. Albo że nie spotkam kogoś, kto mi powie: „zostań człowiekiem, bo małpą to ci się już udało”.

Dzisiaj wszystko jest negowane, przewracane do góry nogami. Jedna z niewielu rzeczy, która moim zdaniem była fundamentem myśli i kultury w dawnych czasach, czyli filozofia, odchodzi w ogóle w zapomnienie. Nie ma w tej chwili żadnych nowych kierunków filozoficznych. Wszystko do tej pory było tak perwersyjnie kompromitowane. Tak, że dzisiaj w Ameryce może byłoby trudno przyznać się komuś, że jest filozofem. A przecież nawet ci najlepsi z nas wielu rzeczy nie zdążyli jeszcze wykombinować, wiele pytań jest ciągle pozbawionych dobrych odpowiedzi. Np. jak traktować historię? Czy należy ją przedstawiać taką, jaką ona rzeczywiście była, czy należy ją próbować zrozumieć? Czy wszystko jest sprawą przypadku, czy jednak może jest ktoś nad nami, kto tym naszym życiem steruje?

Jaka była Pańska rodzina?

- Dość ortodoksyjnie podchodząca do wiedzy. Mój ojciec zmusił mnie, wbrew mojej woli, żebym zaczął studiować jedną z dwóch nauk, które można studiować, czyli fizykę. Reszta to według mojego ojca nauka zawodu. Filozofii się bałem, z matematyki byłem niezły, więc poszedłem studiować fizykę. Było to tragicznym pomysłem, bo kiedy się dostawałem na tę fizykę, to na UW było dwanaście osób na miejsce. I jak już się dostałem, siedziałem w auli przerażony, obok kolegów, którzy brali udział w europejskich i światowych olimpiadach, a ja zdobyłem tylko miejsce w olimpiadzie matematycznej w Warszawie. Zgroza! (śmiech)

W domu mojego ojca było mało mebli, bo książki się nie miały, gdzie zmieścić. Miał w małym mieszkaniu bibliotekę, ze 3-4 tysiące książek, które przeczytał. I „niszczył” mnie, ilekroć próbowałem się odezwać na jakikolwiek temat. Dzięki temu oczytaniu i nieprawdopodobnej pamięci był trudnym i wymagającym partnerem. Ale myślę, że zasadnicze rzeczy, o których rozmawialiśmy nie dotyczyły wiedzy, tylko wyobraźni oraz zasad. Ojciec przekonywał mnie, że życiorys każdego z nas w tych samych proporcjach składa się z działań, co i z zaniechań. Czyli jest tak samo ważne, co człowiek robi w życiu, jak i to, czemu mówi „nie”, odmawia. To, czego nie chcę zrobić, tak samo decyduje o tym, kim człowiek jest. Tak samo dobrze go określa.

Czy Pan też jest wymagającym rodzicem?

- Chyba nie. Próbuję kochać swoją jedyną córkę za to, kim ona jest a nie za to, kim chciałbym, żeby była. Ale ona jest jeszcze bardziej wyzwolona i walcząca, niż ja byłem w jej wieku. Ja byłem po prostu okropny. Natomiast ona dalece wyprzedziła mnie w tych wszystkich makabrycznych pomysłach, jakie miałem. Jest świetną, bardzo obiecującą i jednocześnie trudną osobą. Jest bardzo wymagająca w stosunku do siebie i osób, z którymi jest. Ułożenie sobie życia, kiedy ma się takie wymagania, nie jest rzeczą prostą. Mieszkamy w kraju, w którym takich mężczyzn, którzy mogliby dać prawdziwej kobiecie stuprocentową satysfakcję, chyba nie ma zbyt wielu. Albo są to chłopcy, którzy wpadają w histerię po lekkim podniesieniu głosu, albo są zajęci sami sobą i nie widzą świata wokół. I tak dalej...

Ważne wspomnienia z dorastania w PRL-u, które Pana ukształtowały?

- Hm... Przypomina mi się tekst piosenki Jacka Kleyffa. To był taki bard, który śpiewał piosenki o niewiarygodnej mocy. Ich słowa były dla mnie tym, czym słowa piosenek Dylana dla pewnego pokolenia ludzi w Ameryce. Pamiętam coś takiego: „nie fetysz granic mnie tu trzyma, lecz miejsca i w tych miejscach przyjaźń. I w Polsce z tym nie jestem sam”. Rzeczywiście nie było żadnego życia na zewnątrz, a życie oficjalne było przerażające, wypełnione kłamstwem i nikt w tym nie chciał brać udziału. Było skierowane przeciwko człowiekowi, fundamentalnym ludzkim zasadom, wolności. Ja nie znoszę fałszu i nie potrafię też udawać, że jest wspaniale. Nie uczestniczyłem w żadnym z tych oficjalnych jakby-światów. I takich jak ja była, moim zdaniem, większość. Dlatego stworzyliśmy rodzaj drugiego świata. Wszystko miało dwa poziomy – jeden oficjalny, drugi nieoficjalny i zawiązywały się nieprawdopodobnie mocne więzy międzyludzkie. Ludzie w domach robili wiele rzeczy, spotykali się, wymieniali myśli, rozmawiali ze sobą. To było fenomenalne. Dzisiaj, w pogoni za substytutami w postaci różnych gadżetów, ludzie nie mają już na to czasu. Żyjemy w czasach, w których wszystko odchodzi jakby w zapomnienie, nawet dziesięcioro przykazań, macierzyństwo, rodzina, nawet palenie dobrych cygar wychodzi z mody. Kto pisze dzisiaj listy piórem wiecznym, odręcznie? Ja też piszę listy na komputerze, z wyłączeniem najbliższych przyjaciół, do których wciąż piszę piórem wiecznym. To powoduje znacznie większy wysiłek, bo jak wiemy, „nic tak nie plami charakteru jak atrament”. Zatem czasy komuny, to były straszne czasy, nieludzkie, skierowane przeciwko człowiekowi. Na pewno przeciwko mnie. Ja sypałem piasek w te tryby, jak tylko potrafiłem to robić. Niemniej jednak, przez to, jak były skonstruowane, ludzie mogli poświęcić się ciekawszym wartościom niż te, którymi dzisiaj się tak fascynują.

A czy współczesna Polska jest w jakimkolwiek stopniu dla Pana zadośćuczynieniem za tamtą współpracę z opozycją?

- Oczywiście. Wie pani, ja już jestem w miarę „dojrzałą kobietą”, więc mogę na pewne rzeczy spojrzeć z perspektywy i jestem po prostu zachwycony, że żyję w takich czasach, co wcale nie oznacza, że wszystko mi się podoba. Cierpię jak zarzynany bawół, ponieważ widzę powszechne chamstwo, bylejakość, szerzącą się zawiść. Do głosu dochodzą barbarzyńcy z silnymi łokciami, z muskułami, bez żadnych zasad. Ale też, będąc „dojrzałą kobietą”, wiem, że w historii tak zawsze było. W hotelu w Krakowie, jak pani widzi, można zorganizować piękne wnętrze, które będzie wyglądało jak na Brooklynie albo nawet lepiej, bo czyściej. Ale trzeba wymiany ze dwóch pokoleń, żeby mentalnie nas doprowadzić do porządku. My jesteśmy wszyscy w jakiś sposób dziećmi poprzedniego systemu.

Czyli zostaje piętno, jak u dzieci alkoholika?

- Ja zostałem mniej zainfekowany, bo miałem szczęście, zacząłem podróżować jak byłem młody. Zobaczyłem jak funkcjonuje ten prawdziwy świat, oparty na jakichś lepszych wartościach. Świat demokratyczny. Z tej perspektywy mogłem z większym krytycyzmem patrzeć na to, co się dzieje w Polsce. Ale większość ludzi nie miała tego komfortu. Mogli wyjechać najwyżej do Bułgarii, gdzie było dokładnie to samo, gdzie człowiek był tak samo niszczony, podlegający tym samym manipulacjom propagandy. Ja natomiast, dzięki fotografii, wygranym konkursom, niełatwo, ale raz na jakiś czas dostawałem paszport i mogłem wyjechać. Dostałem się do „National Geographic”, co spowodowało, że raptem poznałem zupełnie innych ludzi. Niemniej wydaje mi się, że w jakimś sensie też jestem dzieckiem poprzedniego systemu. Bardzo się cieszę, że w Polsce nie musiało zginąć kilka tysięcy osób, żeby udało się dojść do momentu, do którego dzisiaj doszliśmy. To się odbyło prawie bez rozlania kropli krwi. To absolutny fenomen.

Nawet moja córka będzie cierpiała z tego powodu, że żyła w komunizmie jako młoda dziewczynka, choć była wychowywana przeze mnie, który byłem dojrzałym człowiekiem w tamtym systemie. Natomiast dwóch moich wnuków ma dopiero szanse, żeby być innymi.

Sukces zawodowy, jaki Pan odniósł, pojawił się szybko , dlatego można przypuszczać, że nie był  zamierzony. Czy spodziewał się Pan kiedyś takiej kariery?

- W ogóle nigdy nie było zamierzenia. (śmiech) Sukces dobrze jest mierzyć tym z czego człowiek musiał zrezygnować, aby go osiągnąć, dlatego nigdy o tym nie myślałem. Fotografia tak naprawdę mało mnie interesuje. Mam ten zawód, wykonuję go, ale nigdy się tym nie przejmowałem za bardzo. Używam fotografii w sposób przemyślany i świadomy, ale nie ona jest dla mnie przedmiotem podniecenia. A już na pewno intelektualnej satysfakcji.

Ale istnieje fenomen komunikacji wizualnej, prawda?

- W ogóle nie rozumiemy, czym jest fotografia. Dużo czytam na ten temat, interesuję się fenomenem komunikacji wizualnej, o której, proszę mi wierzyć, nie wiemy dużo. To, co jest pisane, jest wynikiem głębokiego niedouczenia ludzi, którzy to piszą. Bierze się to stąd, że my nie wiemy nic na temat naszej głowy, naszego mózgu.

Ma Pan zacięcie naukowca?

- Z ostatnich badań wynika, że w ogóle widzenie ze wzrokiem ma niewiele wspólnego, że to wszystko odbywa się w środku naszej głowy. Stąd też łatwiej jest wytłumaczyć takie zjawisko jak déjà vu... Na wiele rzeczy patrzę oczyma niedokształconego fizyka, to mnie trochę podnieca. Ale czytam na temat komunikowania się i kiedy byłem mały już wiedziałem, że nie wytrzymam na żadnym etacie, przywiązany do jednego miejsca. Po prostu oszaleję, zrobię mojej głowie potężną krzywdę. Różnych rzeczy się imałem. Zainwestowałem w sport, stałem się krótkofalowcem, żeby połączyć się ze światem zewnętrznym. I w końcu trafiłem, zupełnie przypadkowo, na fotografię. I odkryłem jeden, zupełnie niesamowity aspekt.

Co mianowicie?

- Że zakładasz na pierś tę tajemniczą czarną puszkę i raptem staje się ona takim uniwersalnym kluczem, który otwiera większość drzwi. Niedostępnych, kiedy zapukasz z notesem i piórem w ręku. Ponieważ ludzie, patrząc na mnie, od razu wiedzą, że ja jestem tutaj w sprawie zdjęć. Nie zadają mi żadnych dodatkowych pytań. To jest rodzaj czarodziejskiego wehikułu, dzięki, któremu mogłem przenieść się w ciągu kilkunastu lat do niewyobrażalnej ilości miejsc i zdobyć to doświadczenie, które ludziom zajmuje czasami całe życie. Ja, w wieku, powiedzmy, 35. lat, miałem doświadczenie, którego moi rodzice nie zdołali zdobyć, ponieważ nie fotografowali, nie podróżowali, nie byli konfrontowani z tak niewiarygodną ilością rzeczy w tak krótkim czasie. Zdarzało się, że rano byłem na czerwonym dywanie i fotografowałem prezydenta jakiegoś kraju, w ciągu dnia demonstracje na ulicach przeciwko niemu, po południu szedłem do jakiejś mieszczańskiej galerii i piłem zmrożonego szampana z truskawką, z kryształowych kieliszków. A wieczorem tego samego dnia robiłem zdjęcia slumsów w tym samym mieście. W ciągu jednego dnia cztery, zupełnie nieprzystające do siebie doświadczenia.

Druga część rozmowy z T. Tomaszewskim

Nowszy Starszy

Inne artykuły w kategorii Ludzie

Pozostałe kategorie tego artykułu: · Polska · Świat · Kultura i sztuka

Skomentuj artykuł w Hydeparku Polonii

Dodaj swoją opinię do 3 komentarzy w tym temacie.

Imię:
Komentarz:
Dodaj komentarz

baska · 2011-07-11 22:33:30

swietny wywiad Pani Tatiano, jak zwykle!

Dziunek · 2010-06-24 22:47:37

Where is the print button

Robbie · 2009-09-29 12:58:13

Fajny facet, z pasja taka prawdziwa

Najnowsze artykuły

Magazyn w sieci

Hydepark Polonii

Franka Mauro
17 lip, 03:47
To najwspanialsza rzecz jakiej kiedykolwiek doświadczyłem w swoim życiu i muszę podzielić się tym wspaniałym świadectwem. Moje podziękowania [...]»
Gloria Kifita
16 lip, 23:11
What more can i say about this great man. Firstly Dr I will want to say a very [...]»
Elena Vedran
16 lip, 03:24
Nazywam się Elena Vedran. Bardzo się cieszę że mogę dzielić się moim wspaniałym i wspaniałym świadectwem ze wszystkimi [...]»

Najczęściej...