Podziel się   

Polonia w USA Pokaż wszystkie »

Opublikowany: 2016-02-07 16:40:44 · Czytany 3098 razy · 0 komentarzy
Nowszy Starszy

Jacek Boczarski

Fot: Daniel Boczarski

"Bieganie jest jak narkotyk, jeżeli raz skosztujesz, to się uzależniasz. A później szukasz innych, nowych wyzwań..." Z 56-letnim Jackiem Boczarskim, mieszkańcem Chicago, kucharzem polonijnej restauracji Polish Bistro, debiutantem 38. maratonu chicagowskiego Bank of America Chicago Marathon – po ukończonym biegu maratońskim rozmawia Andrzej Kentla.

Andrzej Kentla: Jacku, krążą bardzo pozytywne opinie o Twoich kulinarnych talentach i umiejętnościach. Często wyrażane są publicznie przez wielu gości restauracji Polish Bistro, między innymi przez znanego amerykańskiego komika Adama Carollę; recenzenta kulinarnego stacji telewizyjnej NBC, kanał 7, Steve’a Dolinsky’ego czy chociażby polskich pięściarzy czasami walczących w Chicago: Krzysztofa Włodarczyka lub Artura Szpilkę. W dodatku należy wspomnieć, że 12 października udanie zadebiutowałeś w chicagowskim biegu maratońskim. Czy można wobec tego pokusić się o stwierdzenie, że jesteś najlepszym zawodowym kucharzem wśród polonijnych maratończyków i najlepszym maratończykiem wśród polonijnych kucharzy?

Jacek Boczarski: Ponieważ nie znam żadnego polonijnego zawodowego kucharza, który by biegał maratony, ani też nie słyszałem o kimś takim, to nie można wykluczyć, że to stwierdzenie jest prawdziwe. A tak na poważnie, to bardzo dobrze, że poruszyłeś temat gotowania, ponieważ zdrowe odżywianie, również dzięki temu, że sam sobie gotuję, miało wpływ na to, że zacząłem biegać. Zaczęło się od mojej diety wegańskiej, która trwa już 3 lata, i diety wegetariańskiej – którą utrzymuję od 10 lat. Dzięki temu przypomniałem sobie, że kiedyś, będąc młodym człowiekiem, uprawiałem różne dyscypliny sportu. Między innymi przez półtora roku, dopóki nie złamałem nogi, grałem w sekcji Hutnika Kraków w piłkę nożną. Później złamana w kolanie noga na parę lat wyeliminowała mnie ze sportu, do którego powróciłem już jako judoka w krakowskiej Wiśle. Judo trenowałem przez kolejne dwa lata, ale ponieważ w tym sporcie nie osiągnąłem wyników, które by mnie satysfakcjonowały, szukałem jakichś innych rozwiązań.

Któregoś dnia natknąłem się na ogłoszenie „Echa Krakowa”, które zapraszało chętnych do uprawiania egzotycznej w tym czasie – połowa lat 70. ubiegłego wieku – dyscypliny sportu, jaką było rugby. Wybrałem się na trening do Juvenii Kraków i po pierwszym treningu zrozumiałem, że jest to sport dla mnie. Zostałem w Juvenii przez 10 kolejnych lat. Juvenia w tym czasie zajmowała miejsce w II lidze. Warto podkreślić, że w I lidze było w tym czasie tylko 8 drużyn i w II też 8. W sumie w Polsce było tylko 16 klubów, w których uprawiano tę dyscyplinę sportu. Rugby jest sportem zespołowym, w którym o zwycięstwie, może bardziej niż w innych sportach zespołowych, przesądza duch współpracy, gdzie indywidualizm zawodników musi być bezwarunkowo podporządkowany taktyce drużyny. Na boisku rugby trzeba czasami podać piłkę do tyłu, cofnąć się, aby po kolejnym zagraniu ofensywnym znaleźć się na polu punktowym. Podobnie jak w życiu, gdzie osiągnięcie ważnego celu często poprzedzone jest potknięciami, niepowodzeniami, ale dzięki samozaparciu, dyscyplinie osiągamy coś, na czym nam bardzo zależy.

No dobrze, ale maraton jest sportem indywidualnym, a nie zespołowym. Co zmotywowało Cię po tylu latach sportowej bezczynności, aby zacząć biegać i podjąć wyzwanie przebiegnięcia pierwszego maratonu w Chicago?

To prawda. Po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych mój kontakt ze sportem był bardzo ograniczony i sprowadzał się do krótkich, nieregularnych przebieżek. Później konieczność poświęcenia się pracy i kłopoty z nią związane spowodowały rezygnację z nawet tak ograniczonej aktywności sportowej. Jedną z konsekwencji takiego stanu rzeczy było znaczne przybranie na wadze. Z osoby, która przed przyjazdem z Polski przy wzroście182 cmważyła znacznie poniżej100 kg, stałem się człowiekiem ważącym130 kg. I tak to trwało kilkanaście lat. Wydawało mi się, że tak to powinno trwać. Żyłem w przekonaniu, że życie sprowadza się do pracy, jedzenia, oglądania telewizji czy przeznaczania czasu na inne, pozbawione aktywności fizycznej, formy odpoczynku. Któregoś dnia mój syn namówił mnie do wspólnej jednomilowej przebieżki. Przebiegliśmy razem ten dystans. Ja w czasie biegu musiałem zrobić sobie dwie krótkie przerwy, aby uregulować oddech. Ta stosunkowo krótka trasa wydawała mi się niekończąca, a to było raptem 1600 metrów. Dobiegłem do końca i dałem sobie spokój z bieganiem przez kilka następnych tygodni. Dopiero później pomyślałem sobie, że jest to dobry sposób, aby odejść od telewizora, kufla piwa czy garnków z pożywieniem. Postanowiłem, że będę biegał. Przebiegłem następną milę, za parę dni przebiegłem odcinek trzymilowy, tj.5 km, co wydawało się wielkim sukcesem. Od tej chwili chciałem biegać coraz dłuższe dystanse. Na poważnie za bieganie wziąłem się półtora roku temu, kiedy przeprowadziliśmy się do Wicker Park, skąd do jeziora Michigan miałem tylko dwie i pół mili. Dobiegnięcie do jeziora, a później bieg wzdłuż niego był dla mnie olbrzymią frajdą przed rozpoczęciem pracy w kuchni restauracji Polish Bistro. Początkowo biegałem codziennie po 6-7 mil. Później ten dystans starałem się rozszerzyć aż do półmaratonu. Były dni w tygodniu, kiedy przebiegałem dystans nawet 13 mil.

Czy w tym czasie dysponowałeś już jakąś wiedzą na temat treningów biegowych?

Moja wiedza na ten temat była ograniczona. Mogę powiedzieć, że „biegałem na żywca”, chciałem się sprawdzić, dowiedzieć, czy mogę jeszcze coś zrobić ze swoim ciałem, które było tak zaniedbane. Po pewnym czasie zaobserwowałem, że tracę na wadze, co mi się spodobało. Kiedyś zimą, biegnąc obok Navy Pier, usłyszałem złośliwy komentarz dwóch przechodniów na mój temat – „zobacz na tego grubasa, jak biega”. Ta niepochlebna opinia jeszcze bardziej mnie zdopingowała – pomyślałem sobie wtedy: ja wam jeszcze pokażę tego grubasa za parę miesięcy. W tym czasie, kiedy zacząłem treningi biegowe, byłem już weganem, nie jadłem mięsa i starałem się tę dietę jakoś uzupełnić. Kupiłem książkę poświęconą treningowi biegowemu, gdzie jeden z rozdziałów poświęcony był również diecie biegaczy.

Czy już w tym czasie zrodził się pomysł, aby przebiec swój pierwszy maraton?

Wtedy jeszcze nie. Starałem się sprawdzić, czy stać mnie na to, aby przebiec jakieś dłuższe dystanse. Później zacząłem startować w lokalnych biegach długodystansowych, początkowo na dystansie 6 mil, a później w półmaratonach. Kiedy ukończyłem kilka biegów półmaratońskich, pomyślałem sobie, że przyszedł czas na maraton. Doszedłem do wniosku, że dobrym miejscem realizacji tego celu jest właśnie Chicago. Zapisałem się na loterię przesądzającą o przyznaniu numeru startowego uprawniającego do startu w maratonie chicagowskim. Niestety nie miałem szczęścia. Do wylosowania było 45 tysięcy numerów, a w loterii uczestniczyło dwa razy więcej chętnych. Ponieważ maraton w Chicago jest sponsorowany przez szereg fundacji, otworzyła się dodatkowa możliwość uczestniczenia w biegu maratońskim pod auspicjami jednej z nich: Team Paws Chicago. Organizacja ta prowadzi schroniska dla zwierząt.

Jakie warunki trzeba było spełnić, aby uczestniczyć w maratonie, reprezentując tę organizację?

Aby wystartować w maratonie w koszulce z logo Team Paws Chicago trzeba było przed biegiem zebrać dla tej organizacji kwotę 1600 dolarów. Te pieniądze są przeznaczane na prowadzenie schronisk dla zwierząt, opiekę zdrowotną dla nich itp.

I taką kwotę udało Ci się zebrać?

Zebrałem 900 dolarów, 600 dopłaciłem z własnej kieszeni. Uważam, że warto było dopłacić tę kwotę, ponieważ wiem, że wielu ludzi, którzy nie biegają, źle się odżywiają, prowadzą niehigieniczny tryb życia, bardzo często kilkakrotnie więcej musi później wydać na lekarzy. Dlatego nie było mi żal wydać pieniędzy na ten cel, a oprócz tego miałem okazję przebiec maraton.

Od kogo pochodziły datki, kontrybucje, dzięki którym Twój start w chicagowskim maratonie stał się możliwy?

Pomogły mi osoby prywatne, niektóre z nich deklarujące wpłaty po 100 czy 50 dolarów, było dużo znajomych wpłacających nawet po dolarze i dzięki tym wszystkim, którzy pozytywnie odpowiedzieli na mój apel, udało się zebrać te środki. Wśród ofiarodawców było sporo klientów restauracji Polish Bistro, otrzymałem także znaczącą wpłatę od lokalnej firmy „Chicago Adjusting Co”. Chociaż nie robiłem żadnego „found raising” w sposób profesjonalny, to wielu stałych klientów naszej restauracji, którzy odwiedzają ją regularnie od kilku lat, zaobserwowało zmianę mojego wyglądu zewnętrznego i znaczny spadek wagi na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy. Kiedy dowiedzieli się, że biegam regularnie i zamierzam przebiec maraton, postanowili sponsorować mój udział w tym przedsięwzięciu.

Chciałem zaznaczyć, że w ciągu 14-15 miesięcy przebiegłem 1500 mil. Wielu bywalców restauracji, w której pracuję, potrafiło docenić mój, że się tak wyrażę, zdyscyplinowany, systematyczny wysiłek i pomóc mi w realizacji celu, który sobie postawiłem. Z drugiej strony duża liczba moich znajomych, widząc tak duży spadek mojej wagi, zaczęła wysuwać podejrzenia, że przyczyną może być jakaś choroba. Jeśli kobieta gubi wagę, to zazwyczaj komplementuje się to zjawisko opinią, że świetnie wygląda. Jeśli mężczyzna gubi wagę, to najczęściej podejrzewa się go o nienajlepszy stan zdrowia czy wręcz o chorobę. Takie opinie często funkcjonują w naszym społeczeństwie. Wielu ludzi przechodzi do porządku dziennego nad swoją otyłością, komentując ten stan często żartobliwym sformułowaniem – „nic człowieka nie upiększa jak samara coraz większa”. W okolicach Krakowa, skąd pochodzę, brzuch był żartobliwie nazywany samarą. Ludzie ci nie zdają sobie sprawy, że przez taki wygląd rujnują sobie zdrowie od wewnątrz.

Wśród uczestników chicagowskiego maratonu można było dostrzec także ludzi otyłych. To, że przygotowali się do tego biegu, stanęli na starcie, aby zmierzyć się z wyzwaniem przebiegnięcia 42 kilometrów, jest już ich dużym sukcesem i takich ludzi podziwiam. Wiele osób śmieje się z tych, którzy biegają, uważając, że tracą czas, nie mają innego zajęcia, że nie ma to sensu. Ja mam zupełnie odmienne zdanie w tej sprawie i mój pogląd podzielają wielotysięczne rzesze biegaczy na całym świecie. Bieganie jest jak narkotyk, jeżeli raz skosztujesz, to się uzależniasz, a później szukasz innych nowych wyzwań. A propos tych wyzwań, moim kolejnym marzeniem jest ukończenie sześciu głównych maratonów. Zarejestrowałem się już do loterii przyszłorocznego maratonu nowojorskiego, który odbędzie się 18 listopada 2016 roku. Jeśli uda mi się tam wystartować, to później chciałbym także zaliczyć maratony w Berlinie, Bostonie, Londynie i Tokio.

38 chicagowskich maratonów w ciągu 38 lat przebiegło setki tysięcy biegaczy, ta liczba zbliża się do miliona. W tej grupie jest w tej chwili siedmiu, którzy przebiegli wszystkie 38 maratonów w naszym mieście. Wśród nich znajduje się dwóch polonijnych maratończyków: 66-letni Henryk Kozłowski z Wilmette, IL oraz 74-letni Dan Skrzypczyński z Chicago. W latach ubiegłych, kiedy jeszcze nie biegałeś, miałeś okazję fotografować ich razem ze mną podczas dorocznych konferencji prasowych przed rozpoczęciem chicagowskiego maratonu w hotelu Hilton. Czy ich osiągnięcie było i jest dla Ciebie dodatkowym czynnikiem motywacyjnym do tego, co robisz?

Oczywiście, staram się także czytać bardzo dużo na temat ludzi, którzy dzielą moją pasję. Jestem pod wrażeniem ludzi, którzy jako osoby niepełnosprawne nie poddali się swojemu kalectwu. Wielu z nich bez kończyn podejmuje wyzwanie przebiegnięcia 26 mil. Wśród uczestników maratonu spotykamy osoby niewidome, biegnące z przewodnikiem, osoby na wózkach pokonujące ten dystans. Ostatnio przeczytałem, że stuletni Hindus przebiegł maraton w Londynie. Nie osiągnął rewelacyjnego czasu. Pokonanie trasy londyńskiego maratonu zabrało mu 8 godzin, ale zarówno on, jak i zwycięzca z Kenii, aby ukończyć maraton musieli pokonać dystans 26 mil.

W czasie tegorocznego maratonu zarówno na trasie, jak i na mecie udało mi się sfotografować kilku biegaczy z polskim godłem narodowym na koszulkach. Czy w czasie biegu miałeś okazję dostrzec innych polonijnych czy polskich biegaczy?

W czasie biegu nie zwracałem specjalnej uwagi na otoczenie. Przed biegiem przyjąłem specjalną taktykę. Przed maratonem najdłuższy dystans, jaki pokonałem, to był odcinek 16 mil. Nie chciałem, aby mój organizm „dowiedział” się, że czeka go do pokonania 26 mil, dlatego długość trasy podzieliłem sobie na trzy odcinki: 10 mil, 10 mil i 6 mil. Kiedy pokonałem pierwsze 10 mil, powiedziałem sobie, że teraz czeka mnie następne 10 mil. Później, po pokonaniu drugiego etapu, powiedziałem sobie, że teraz czeka mnie jeszcze tylko 6 mil. Starałem sie przekonać samego siebie, że przecież poprzednio wielokrotnie biegałem dystanse sześciomilowe, to i tym razem nie powinno być z tym żadnego problemu.

Kiedy trenujesz, przeważnie biegasz samotnie. Tutaj na trasie towarzyszyły nam wielotysięczne tłumy kibiców zachęcających nas do pokonania tej trasy, co było dodatkowym czynnikiem motywacyjnym. Pamiętam, że mimo skoncentrowania na mojej taktyce i niezwracania uwagi na to, co się dzieje wokół mnie, bodajże na 16 mili zauważyłem czarnoskórego biegacza w koszulce mojego zespołu „Chicago Paws”, zupełnie zrezygnowanego, który przestał biec i zachowywał się tak, jakby chciał zejść z trasy. Podbiegłem do niego, poklepałem go po ramieniu, zachęcając do dalszego biegu. Po chwili zaobserwowałem, że wznowił on bieg.

Początkujący biegacze, szczególnie ci niewystarczająco wytrenowani, względnie ci, którzy narzucili sobie zbyt szybkie tempo biegu, czasami doświadczają czegoś, co w żargonie maratońskim nazywa się „uderzeniem w ścianę” (to hit the wall), a co zazwyczaj objawia się kompletnym zmęczeniem fizycznym i psychicznym. Czy coś takiego przytrafiło Ci się podczas biegu?

Do 23 mili biegłem cały czas w tym samym tempie. Temperatura nie była zbyt sprzyjająca. 74 stopnie F to nie jest optymalna temperatura do biegania długich dystansów, wolę biegać jak jest chłodniej, chociaż zdarzało mi się ukończyć półmaraton biegnąc przy temperaturze 90 stopni F. Na 23 mili nogi stały się tak ciężkie, że przestałem biec i około 500-600 metrów szedłem, aby dać odpocząć nogom i uregulować oddech. Było to w pobliżu kolejnej stacji z wodą. Po kilku minutach odpoczynku wznowiłem bieg i nie przerwałem go aż do mety maratonu. W czasie biegu piłem tylko wodę i aplikacja, którą mam zainstalowaną na telefonie, wskazała, że pokonując dystans 26 mil straciłem 4800 kalorii. Przez kilka lat, kiedy razem z tobą fotografowałem na linii mety tych, którzy ukończyli maraton, widziałem wysiłek tych ludzi. Byłem wtedy przekonany, że mnie na coś takiego nie stać. Widziałem na linii mety dramat tych, którzy mdleli z wyczerpania, oraz euforię innych, nie mogących uwierzyć, że pokonali ten morderczy dystans. Kiedy wystartowałem do swojego pierwszego maratonu, przekonałem się, jak to wygląda z tej drugiej strony. Muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem tych wszystkich, którzy stanęli na starcie i zmierzyli się z maratonem, a w tym roku wystartowała rekordowa liczba. Dzięki różnym fundacjom było ich dokładnie 46500. Z tej liczby około 8500 nie ukończyło maratonu.

W jakim czasie ukończyłeś bieg?

Kiedy minąłem linię mety, zegar wskazywał 4 godziny 53 minuty i 15 sekund.

Czy takie były oczekiwania, czy sądziłeś, że osiągniesz lepszy czas na mecie?

Planowałem uzyskanie lepszego czasu, ale się nie udało. Był to mój pierwszy maraton, trochę źle rozłożyłem siły, gdybym pierwszą połowę maratonu przebiegł trochę szybciej, to uzyskałbym lepszy czas na finiszu. Pocieszam się, że wielu 30-latków, a więc osób prawie o połowę młodszych ode mnie, uzyskało gorsze czasy od mojego, tak więc jak na pierwszy maraton nie jest to zły wynik. Cieszę się, że ukończyłem ten maraton. Zachęcam wszystkich do biegania. Najważniejsze to zacząć, zacząć od jednej mili, a później już pójdzie łatwiej.

Bardzo miłym akcentem po ukończonym tegorocznym maratonie było spotkanie polskich i polonijnych maratończyków w konsulacie RP w Chicago. Jakie wrażenia wyniosłeś z tego spotkania?

Byłem zaskoczony, że tak liczna grupa polskich i polonijnych uczestników tegorocznego chicagowskiego maratonu przybyła na to spotkanie, tym bardziej, że większość uczestników dowiedziała się o spotkaniu w sposób zupełnie przypadkowy. Nie było na ten temat żadnych ogłoszeń w polonijnej prasie czy radiu. Bardzo miło, że konsulat zadbał o coś takiego. Być może w przyszłości polski konsulat będzie organizatorem biegu długodystansowego dla Polonii, a może nie tylko dla Polonii. W pobliżu konsulatu nad samym jeziorem znajduje się piękna trasa i zorganizowanie takiego biegu właśnie tam przez konsulat generalny RP w Chicago byłoby z pewnością bardzo ciepło przyjęte przez polonijnych biegaczy. Bardzo pozytywnie oceniam to spotkanie maratończyków w konsulacie, ale przy okazji chciałbym postulować, aby w przyszłości przy organizowaniu takiego przyjęcia nie zapomnieli o weganach, ponieważ wśród serwowanych kanapek wszystkie były z szynką.

Jacku, dziękuję za rozmowę.

 

Zobacz również:

http://www.magazynpolonia.com/galeria-polonii/2015-bank-of-america-chicago-marathon

http://www.magazynpolonia.com/galeria-polonii/2014-bank-of-america-chicago-marathon

 

 

Nowszy Starszy

Inne artykuły w kategorii Polonia w USA

Pozostałe kategorie tego artykułu: · Ludzie · Polonia na świecie · Sport

Skomentuj artykuł w Hydeparku Polonii

Dodaj swoją opinię do komentarzy jako pierwszy!

Imię:
Komentarz:
Dodaj komentarz

Najnowsze artykuły

Magazyn w sieci

Hydepark Polonii

Kate Igor
19 maj, 04:57
Dziękuję panu dr Isikolo za prawdziwe czary. Natknąłem się na wiele świadectw zeznań DR ISIKOLO rzucającego zaklęcia voodoo [...]»
Renata.37
17 maj, 06:27
Odkryłam jogę dość późno ale może to i lepiej bo teraz mam sprawdzone sposoby na walkę z bólem [...]»
Krzysztof Cieslik
16 maj, 08:54
Szwajcaria potrafi byc pieknym miejscem do zycia ale czesc administracyjna jest dosc zawila ;) Ja od paru lat [...]»

Najczęściej...