Podziel się   

Rozrywka Pokaż wszystkie »

Wydanie 2009-04 · Opublikowany: 2009-08-10 10:57:29 · Czytany 4773 razy · 0 komentarzy
Nowszy Starszy

Wolna Grupa Bukowina

Śpiewają wciąż o Cześku piekarzu, rzece, sadzie, Bukowinie. I o Panu Bogu na poddaszu. Nie ulegają presji mód.  Legendarny polski zespół „Wolna Grupa Bukowina” zawitał do Chicago po turnée w Kanadzie.

Miłośnicy poezji, ballady, piosenki studenckiej i turystycznej mieli okazję posłuchać ich koncertów w Wood Dale, Art Galery Cafe i w Jezuickim Ośrodku Milenijnym na Irving Park w przedostatni piątek i sobotę marca br. „Majster Bieda”, „Chodzą ulicami ludzie”, „Rzeka”, „Ballada o Cześku piekarzu”, „Niedokończona jesienna fuga” i wiele podobnych pieśni wzruszyło serca tłumnie zgromadzonych słuchaczy... Wielu nuciło stare, znane szlagiery wraz z „Bukowcami”. Skorzystaliśmy z okazji, aby trochę pogawędzić z członkami grupy i powspominać co nieco. 

Z Grażyną Kulawik, Wojciechem Jarocińskim, Wacławem Juszczyszynem, Wojciechem Maziakowskim i Markiem Zarankowiczem rozmawia Anna Jędrysek.

Anna Jędrysek: Dlaczego po nagłej śmierci Wojtka Bellona w 1985 roku zespół „Wolna Grupa Bukowina” zawiesił swoją działalność na okres prawie siedmiu lat?

Grażyna Kulawik: Śmierć Wojtka była podstawowym i istotnym powodem, że zespół przestał istnieć. Każdy poszedł w swoją stronę i coś tam robił.

Wojciech Jarociński: W naszym odczuciu wyglądało na to, że to już koniec. Ale okazało się, że to wcale nie był koniec.

Wacław Juszczyszyn: Wojtek Bellon był niekwestionowanym liderem zespołu, wtedy twórcą większości repertuaru. Przez jakiś czas wydawało nam się, że kontynuowanie tego wszystkiego bez niego jest niemożliwe. Jednak siłą rzeczy musieliśmy wziąć na siebie jakieś elementy jego obowiązków i spróbować to wszystko ciągnąć dalej.

Jaki był i jaki pozostał Wojtek Bellon w waszym prywatnym odczuciu?

Wacław J.: To pytanie często nam się zadaje i na dobrą sprawę moglibyśmy sobie wymyślić jakąś zgrabną odpowiedź. O tak bogatym wewnętrznie człowieku, tak ciekawej postaci nie da się takiej laurki wymyśleć, żeby ona była krótka i węzłowata.

Wojciech J.: To był kochany człowiek. Ludzie go kochali, on kochał ludzi. Wojtek był świetnym kumplem i przyjacielem.  Byliśmy ze sobą bardzo związani. A przy tym był wielkim artystą.

Wacław J.: Artysta, człowiek o rozległej wiedzy m.in. historycznej, w ogóle erudyta. To jest właściwie tak, że śmierć troszeczkę człowieka gloryfikuje i wtedy nie mówi się o nim niczego złego, a jedynie same superlatywy. Ale akurat w wypadku Wojtka ma uzasadnienie to, że mówimy o nim dobrze, bo naprawdę był wspaniałym człowiekiem.

W liceum Wojtek Bellon dał się poznać jako zapalony turysta z gitarą. Na biwakach, przy ogniskach śpiewał i grał ówczesne szlagiery, i powoli zaczynał śpiewać własne utwory. Latem 1971 roku wraz z młodszą koleżanką z buskiego liceum, Grażyną Kulawik, zadebiutowali na IV Giełdzie Piosenki Turystycznej w Szklarskiej Porębie i zdobyli jedną z głównych nagród. Wtedy narodziła się „Wolna Grupa Bukowina”. A jakie były początki reszty zespołu i ich drogi muzycznej?

Wacław J.: Tak, od początku był Wojtek Bellon i Grażynka, a myśmy przyszli nieco później, ale też na samym początku. No i Zając (Grażynka) ma najdłuższy staż w zespole. A tych młodych chłopców, to wypatrzyliśmy, jak jeździliśmy po Polsce. Jesteśmy w ogóle muzykami domowego chowu, bacznie obserwującymi co się dzieje dookoła. I chłonnymi na to, umiejącymi się uczyć. Tak przynajmniej nam się wydaje. To było wtedy o tyle łatwiejsze, że były takie miejsca, gdzie można się było uczyć od innych.

Wojciech J.: To troszeczkę tak, jak na zasadzie uczeń – mistrz. Myśmy mieli swoich mistrzów, swoich idoli i to nie za zasadzie, że gdzieś tam ich usłyszeliśmy w radiu. To byli konkretni ludzie, którzy dużo rzeczy nam pokazali, pomogli. Taka bezpośrednia edukacja i konfrontacja z ludźmi, którzy rzeczywiście mieli coś do powiedzenia. Ja pamiętam nawet, że dojeżdżałem do takiego człowieka kilka kilometrów, żeby mi pokazał parę rzeczy. Drogi dojścia do jakieś wiedzy i umiejętności są bardzo różne. Myśmy się już znali wcześniej z Wojtkiem, przed „Bukowiną”. Wacek grał już w innej bardzo świetnej i znakomitej kapeli. Nasze kontakty były ożywione i to był tylko taki zapalnik. Wracając do początków naszego zespołu, to w ogóle wtedy było tak, że grupy wymieniały się członkami zespołów i w pewnym momencie nie wiadomo było czy to jest „Wolna Grupa Bukowina”, czy to jest „Nasza Basia Kochana”, czy... To wszystko się mieszało. Nie kłóciło sie to z nazwą, logo, jakąś własnością... To nie był problem.

Wacław J.: To była pewna forma integracji i nie miało to jakiegoś profesjonalnego znaczenia. Myśmy nie byli elementem jakiegoś rynku albo mediów. To był taki spontaniczny ruch ludzi kochających śpiewać i grać. Jak trzeba było to Jasiu Hnatowicz grał jednocześnie i „Pod Budą”, i w „Bukowinie” i to nikomu nie przeszkadzało. Wręcz na odwrót. To było fajne, bo się przenosiły doświadczenia z jednego zespołu na drugi. I wtedy było fajniej.

Czy nadal, po trzydziestu ośmiu latach śpiewacie swoje pieśni głównie w oparciu o twórczość Wojtka Bellona ?

Wacław J.: Przez pewien czas, jeszcze na płycie „Słonecznik” było wiele tekstów Wojtka, które gdzieś tam zostały. Także nasz Wojtek Jarociński pisuje teksty, posługujemy się wierszami innych poetów, jakby pokrewnych, zbliżonych do tego, co robił Wojtek Bellon, chociażby Adasia Ziemianina.

Wojciech J.: Cały czas Wacek i ja próbujemy coś pisać. Nie da się, a nawet nie wypada pewnych rzeczy robić. Zresztą po pierwsze, mamy utrwalone w świadomości, że to Wojtek Bellon założył zespół. A po drugie, że piosenki trzeba nieść, trzeba ludziom śpiewać. Ja po prostu nie chcę, ani nie mam serca i prawa wyrzucać piosenek Wojtka Bellona z repertuaru. I tu jest lekki problem. Bo moglibyśmy zamiast półtorej godziny, grać trzy godziny i wtedy moglibyśmy się pochwalić swoimi rzeczami. 

Grażyna K.: Cały czas się zastanawiamy nad tym czy stare, czy nowe teksty, jak to pomieszać.

Wacław J.: Właściwie gramy dla ludzi i musimy po trosze uwzględniać ich oczekiwania, choć nie do końca. A ludzie przede wszystkim domagają się tych pieśni sprzed lat, które gdzieś tam im się kojarzą. I gdyby zabrakło takiego „Majstra Biedy”, „Chodzą ulicami ludzie”, „Rzeki” czy „Sielanki o domu” byliby zawiedzeni. To musi być, bo inaczej dla ludzi to nie jest „Bukowina”.

Wojciech J.: Ja to rozumiem, bo jest taki stary polski zespół, słynny niegdyś – „Skaldowie”. I zdarza się czasem, że występują gdzieś w Polsce i jak mam tylko okazję, to bardzo chętnie chodzę na ich koncerty. Ale właściwie nie chcę słuchać nowych piosenek, ja chcę słuchać „Króliczka” czy „Piosenki o listonoszu” ... I cały jestem w skowronkach… Ja tych rzeczy chcę słuchać. I jestem usatysfakcjonowany, kiedy te utwory śpiewają. Jesteśmy właśnie taką starą kapelą, która jest jakoś obciążona historią i musimy to grać.

Śpiewacie dużo o przyrodzie, o górach... Określają często waszą muzykę jako turystyczną. Chcielibyście zarażać słuchaczy pasją chodzenia po górach?

Wacław J.: My aż takich ambicji zmieniania świata i ludzi nie mamy. Jeśli taki będzie skutek naszych koncertów, że ludzie się tym zainteresują i zaczną chodzić, to będzie pięknie. Jednak my takiej misji nie bierzemy na siebie. No, bo to powinna być dla każdego decyzja indywidualna, żeby znaleźć w sobie taką potrzebę. A jak nie ma takiej, to nie ma co zmuszać się do tego. Jest przecież równie wiele innych, ciekawych pasji.

Wojciech J.: Faktem jest, że to, co śpiewamy powinno mieć łączność z tym, co się poza słuchaniem piosenek robi i mieć szerszy kontekst z górami. Owszem śpiewamy o górach, o przyrodzie, jak piękny jest świat, ale trzeba się z nim też jakoś identyfikować, nie tylko muzycznie, ale i fizycznie. I uczuciowo, w ogóle pozamuzycznie. To jest szerszy temat.

Wacław J.: No tak, tak, ale my możemy tego od siebie wymagać, ale od słuchaczy już nie za bardzo.

Wojciech J.: Byłoby strasznie miło, gdyby ludzie którzy słuchają tej muzyki, byli jednocześnie zainteresowani tematem pozamuzycznie.

A sami chodzicie po górach?  

Wacław J.: Tak. Mamy kontakt z Alpami, bo jeździmy tam co roku na narty. Wojtek Jarociński jest czynnym alpinistą do dziś. My od dawna już nie. Poza tym Grażynka jest maniakalną narciarką. Spędzamy zatem jakąś część życia w górach.     

Żyjemy w dobie ogromnej konkurencji na rynku muzycznym. Wielu ludzi nie odbiera waszej muzyki jako komercyjnej. Jak jest u was z tą konkurencją?

Wacław J.: My tak na dobrą sprawę nie jesteśmy elementem rynku. Z nikim nie konkurujemy. Próbują nam czasami przyczepić konkurowanie ze „Starym Dobrym Małżeństwem”. Ale tak na dobrą sprawę, nikt dla nas nie jest konkurentem, my także nie jesteśmy w stanie być dla kogoś konkurentem. Nie jesteśmy elementem tej całej gry. My sobie dłubiemy pioseneczki na boku i śpiewamy dla tych, którzy chcą nas słuchać. Nie dobijamy się do mediów, by za wszelką cenę tam funkcjonować, być na okładkach kolorowych magazynów.

Wojciech J.: Poza tym nas nie interesują mody. Nie ulegamy presji mód, że akurat hip-hop, czy coś innego będzie za pięć lat. Nas to nie obchodzi, my tego nie słuchamy.

W nazwie waszej grupy pojawia się przymiotnik „wolna”, który nawiązuje do pojęcia wolności.  Czy we współczesnym świecie można jeszcze mówić lub śpiewać o wolności?

Wacław J.: Pewnie, że o wolności jeszcze można mówić. Jeśli ktoś ma potrzebę bycia wolnym, to powinien przynajmniej tę potrzebę zrealizować. Nie sądzę, żeby było takie wytłumaczenie, że to iż przestałem być wolny jest winą świata, który mi zabrania. Świat nie ma tu nic do tego.

Wojciech J.: Wolność to jest kwestia świadomości.

Marek Zarankiewicz: Ja w każdym razie myślę jak Wojtek, że generalnie wolność się ma tu – w głowie. I to jest najważniejsze. Inni narzucają nam różne rzeczy, ale to jest kwestia tego czy je przyjmiemy, czy ich nie przyjmiemy. To jest nasz wybór.

Wacław J.: Ja czasami swoją wolność tak realizuję, że daję sobie chętnie coś narzucić. To jest mój wybór.

No właśnie, zaczęliśmy rozmawiać o wolności, która jest wpisana w nazwę waszego zespołu.  Czy tytuł „Wolna Grupa Bukowina” jest związany z okresem lat 70. w Polsce, z czasami represji politycznych, w których zespół się narodził?

Grażyna K.: Może nie tyle represji. Nazwa jest przede wszystkim związana z pewnym etapem w rozwoju człowieka. Ona powstała, gdy Wojtek był bardzo młodym chłopcem. Myśmy przecież mieli wtedy po 16, 17, 18 lat. A wtedy się ma zupełnie inne widzenie świata, bardzo romantyczne, wyidealizowane... I ta wolność pewnie wiązała się także z czasami, w którym ta nazwa powstała.  Jednak nie należałoby tego tak mocno kojarzyć z ówczesną rzeczywistością i ustrojem, bardziej ze sferą wyobrażeń i mitów, niż z jakimiś realiami.

Dzisiaj koncertujecie w Jezuickim Ośrodku Milenijnym, w kościele – miejscu świętym. Czy w waszym odczuciu muzyka, którą gracie, nabiera przez to specyficznego charakteru?

Wacław J.: Jakby się dokładnie przyjrzeć tekstom Wojtka Bellona, to one nie są daleko od jakiegoś szukania absolutu. To nie są stricte pieśni chrześcijańskie, misyjne czy katolickie, jednak według mnie jest w nich jakiś pierwiastek mistyczny. O tyle to miejsce wydaje mi się dobre na taki rodzaj pieśni.

A jak się wam podoba Chicago?

Wacław J.: Szczerze, to mi się nie podoba. Mnie uroda wieżowców specjalnie nie imponuje, a to, co jest poza wieżowcami, to każdy wie... A im się podoba.

Grażyna K.: Mnie się podoba bardziej, niż poprzednim razem. Widzę zmiany na plus.

Wojciech J.: To znaczy, to Chicago jest takie czarne, strasznie wielkie, taki stwór, którego się boimy. Jak wszedłem między te wieżowce, to czułem się jak taka mróweczka przyduszona.

A tutejsza polska publiczność?

Wacław J.: My na dobrą sprawę nie mamy zbyt wiele doświadczeń, żeby wyrażać jakieś konkretne, miarodajne sądy. Wczoraj byliśmy w Wood Dale na koncercie. Tam było pięknie, bardzo rodzinna atmosfera, jak na malutki lokalik, to przyszło wielu ludzi. Widać, że oni mają do tego dużo bardziej emocjonalne podejście, niż nasza publiczność w Polsce. Oczywiście każdy znajdował tam jakieś swoje wspomnienia z kraju. Opowiadali nam historie związane z ich pobytem w Polsce, jak tam kiedyś, w Krakowie, w „Żaczku”... No i wczoraj na koncercie była żona Wojtka Bellona, Joasia, która mieszka w Chicago.  

Wasza „Bukowina” posiada swoją stronę internetową, zresztą całą zieloną, jak na prawdziwą bukowinę przystało. Opowiedzcie o niej więcej?

Marek Z.:  Uruchomiona została nowa strona, na której są bieżące informacje na temat koncertów. Adres jest: wolnagrupabukowina.pl. Znajdziecie na niej m.in. galerię naszych zdjęć. I na pewno Chicago znajdziecie. Wszyscy fotografujemy, to piękne miejsce.

Uchylcie nam nieco rąbka tajemnicy: jakie są wasze najbliższe plany?

Wojciech J.: Mamy cały czas plan nagrania płyty koncertowej. Mamy już nawet specjalnego, kupionego w tym celu „nagrywacza”. Tylko ciągle zapominamy wziąć go ze sobą. Takie tam, czysto techniczne sprawy. W każdym bądź razie intencja jest taka, żeby nagrać płytę koncertową, ponieważ jeszcze takiej nie było. A co dalej? Na razie z Wackiem dobijamy sześćdziesiątki. Jeszcze mamy trochę czasu...

Wacław J.: „Bukowina” gra już trzydziesty ósmy rok, zatem za dwa lata wszystkie media przyjeżdżają na czterdziestolecie „Bukowiny”, na swój koszt niestety... Wymyślimy jakieś fajne miejsce, bylebyście przyjechali.

Dziękuję wam bardzo za rozmowę.

Nowszy Starszy

Inne artykuły w kategorii Rozrywka

Pozostałe kategorie tego artykułu: · Polska · Ludzie

Skomentuj artykuł w Hydeparku Polonii

Komentarze zostały tymczasowo wyłączone. Przeprszamy!

Najnowsze artykuły

Magazyn w sieci

Hydepark Polonii

Dawid
25 lip, 15:17
Zapraszamy na forum Polakow w Szwajcarii - https://forum.polakow.ch»
Mia Lukas
21 cze, 05:49
Mój były chłopak rzucił mnie tydzień temu po tym jak oskarżyłem go że spotyka się z kimś innym [...]»
hanna
20 cze, 03:58
Wszystko dzięki temu wspaniałemu człowiekowi zwanemu dr Agbazarą wspaniałemu czaru rzucającemu we mnie radość pomagając mi przywrócić mego [...]»

Najczęściej...