Podziel się   

Świat Pokaż wszystkie »

Wydanie 2010-06 · Opublikowany: 2010-08-01 20:04:02 · Czytany 4028 razy · 0 komentarzy
Nowszy Starszy

Drill Baby, Drill

20 kwietnia br., kiedy doszło w Zatoce Meksykańskiej do wybuchu na platformie wiertniczej należącej do koncernu BP, media początkowo koncentrowały się na ofiarach zdarzenia. Zginęło 11 pracowników, prawdopodobnie tych, którzy nie zdążyli uciec z płonącej platformy. Początkowo nie informowano o wycieku.

O tym, iż nie zadziałały systemy bezpieczeństwa i do wody przedostają się ogromne ilości ropy, poinformowano dopiero kilkanaście godzin po zajściu. Potem rozpoczęła się gra informacjami. Mówiono, że dziennie wycieka około 5 tysięcy baryłek ropy, jednak eksperci twierdzili, że wielkość plamy w pierwszych dniach maja, która osiągnęła już powierzchnię 10 tysięcy kilometrów kwadratowych, dowodzi, że ropy wycieka więcej, być może nawet 25 tysięcy baryłek dziennie. Tak naprawdę to pewnie nikt nie wie, ile ropy rzeczywiście przedostaje się do wód Zatoki Meksykańskiej. Nie wie tego BP, nie wiedzą eksperci, gdyż informacje z batyskafów i robotów operujących na głębokości półtora kilometra są mało precyzyjne. Wiadomo było tylko, że ropa leje się strumieniami i z każdym dniem jest jej coraz więcej. Cała zatoka, wybrzeże Louisjany z licznymi rezerwatami przyrody w delcie Mississippi, Florydy i Alabamy znalazły się w niebezpieczeństwie.

Nielubiani przez wielki kapitał ekolodzy od dawna mieli BP na oku. Nie wierzyli zapewnieniom kompanii, która na przełomie stuleci rozpoczęła wielką kampanię reklamową. Koncern British Petroleum prezentował wówczas nowy logotyp. Rzeczywiście było się czym chwalić. BP przejął koncern „Amoco”. Do potężnej korporacji dołączyły takie marki jak „Castrol” oraz niemiecki „Aral”. BP wykupił kontrolny pakiet „Arco”. Nowy logotyp firmy zielono-żółto-biały Helios symbolizował energię we wszystkich jej formach. Koncern przedstawiał się w reklamach jako supernowoczesny, rozwijający nowoczesne technologie, dbający o naturalne środowisko.

Kolejne lata pokazały, że zarzuty ekologów nie były całkiem bezpodstawne. W 2005 roku wyleciała w powietrze rafineria BP w Texas City. Zginęło 7 robotników. Federalne dochodzenie wykazało karygodne zaniedbania w dziedzinie bezpieczeństwa i niezrozumiałe wręcz oszczędzanie na remontach. W rok później BP popadła w kolejne tarapaty. Odkryto poważne nieszczelności w rurociągach korporacji na Alasce. Kolejne dochodzenie doprowadziło do identycznych wniosków. Ponownie wskazywano na przesadne oszczędności i zaniedbania ze strony korporacji. BP odpowiedziała, że wyciągnęła wnioski z tych „incydentów”. Rozpoczęto w telewizji nową kampanię reklamową, przedstawiającą BP, a jakże, jako przodownika nowych technologii i wielkiego miłośnika naturalnego środowiska. Przed 20 kwietnia tego roku można było twierdzić, że kampania ta przyniosła rezultaty, w postaci zmiany wizerunku firmy. Po 20 kwietnia pewnie nikt takiego wniosku nie wyciągnie, choć BP, nawet zmuszone do pokrycia wielomiliardowych strat, pewnie jakoś to przeżyje. Firma najpewniej przetrwa, gdyż na mapie światowego biznesu BP to kompania unikalna, gdzie, jak w mało którym miejscu, spotykały się ze sobą wielka globalna polityka i gigantyczne pieniądze. Tacy potrafią przetrwać nawet największe zawirowania, choć BP obiecała pokrycie wszelkich szkód materialnych.

Początkowo BP planowało przykryć największy wyciek potężnym, ponad 100 tonowym kesonem. Niestety próba nie przyniosła powodzenia. Ropa nadal leje się do Zatoki, choć na szczęście jeszcze nie dotarła do wybrzeży. Niemal wzdłuż całego wybrzeża stworzono zapory mające zatrzymać ropę. Może to być największa katastrofa ekologiczna w historii USA, posiadająca także swoje polityczne konsekwencje. Na kilka dni przed eksplozją prezydent Barack Obama zgodził się na zwiększenie ilości wierceń na amerykańskim szelfie kontynentalnym. Miało to pomóc w uniezależnieniu Ameryki od importu ropy. Prezydent mówił o zastosowaniu najnowocześniejszych technologii. W praktyce okazało się, że tak wielki koncern jak BP oszczędzał na zaworach bezpieczeństwa, kosztujących raptem kilka tysięcy dolarów, a nowoczesna platforma podobnie jak rurociągi na Alasce pełna była przerdzewiałych rur.

Gubernator Kalifornii Arnold Schwarzenegger cofnął stanowe pozwolenia na nowe wiercenia u wybrzeży jego stanu. Podobnie postępuje wielu jego kolegów, jedynie Sarah Palin nie zmienia stanowiska i mówi: „Drill baby drill”. Jak Ameryka poradzi sobie z katastrofą? W tej chwili wydaje się, że to pytanie iście szekspirowskie. Nikt nie zna odpowiedzi. Usuwanie skutków katastrofy potrwać może długie lata.

Oczy świata zwrócone na Grecję

Kryzys finansów publicznych w Grecji omal nie doprowadził do bankructwa tego kraju. Grecy od dziesięcioleci przyzwyczajeni do życia ponad stan, do tego, iż politycy byli dla nich świętymi Mikołajami, rozdającymi 13 i 14 pensje i inne liczne przywileje, znaleźli się nad finansową przepaścią. Gdyby Grecja nie otrzymała międzynarodowej pomocy od państw strefy euro oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a parlament nie przyjął drastycznego programu oszczędnościowego, kraju nie byłoby stać na wykup rządowych obligacji. Termin wykupu przypadał na połowę maja. Historia upadku finansów Grecji jest długa i żenująca dla wszystkich.

Rząd w Atenach tradycyjnie wydawał znacznie więcej niż miał. Nic dziwnego, że w końcu dług publiczny sięgnął ponad 115% PKB. Grecja przejadała dotacje z Unii Europejskiej, niewiele inwestowała. Unijne pieniądze pozwalały przez wiele lat łatać dziury, zaś Bruksela udawała, że nie widzi, iż dotacje są marnowane. Grecy zaś przyzwyczaili się do tego, że jeżeli jakaś partia zapowie oszczędności, to wystarczy wynieść do władzy konkurentów i sytuacja wróci do normy.

Kolejna okazja łatania dziur w budżecie nadarzyła się, kiedy Grecja w 2001 roku wstąpiła do unii walutowej i przyjęła euro. Jak wiadomo, bankom inwestycyjnym przyświeca jeden cel – zysk za wszelką cenę. W związku z tym, przedstawiciele wielkiego banku Goldman Sachs wystąpili wtedy do rządu greckiego z propozycją zapewnienia finansowania w kwocie miliarda dolarów. Chodziło o produkt o nazwie EOL od imienia mitologicznego boga wiatru. Miał on pomóc obniżyć deficyt i umożliwić spełnienie kryteriów konwergencji wymaganych przez Unię. Taka prośba spotkała się z akceptacją, ponieważ pozwalała na dalsze życie ponad stan i odłożenie kosztownych reform na przyszłe lata. Grecja dostała pieniądze na dostosowanie swojego rynku do euro i pozornie wszystko wyglądało nieźle. Tylko pozornie, gdyż zadłużenie kraju osiągało coraz groźniejsze rozmiary. Rząd jednak ukrywał prawdziwe dane. Politykę taką można jednak prowadzić do czasu. W końcu w kasie nieuchronnie ukaże się puste dno i stanu tego nie zmienią protesty związków zawodowych i najbardziej populistyczne hasła.

Europa w Grecji zastosowała operację „szok i trwoga”. Ministrowie finansów strefy euro stworzyli mechanizm pomocowy dla Grecji i ewentualnie innych krajów, które może dotknąć kryzys o wartości w sumie 750 miliardów euro. Europa uratowała swoją walutę, giełdy poszybowały do góry po okresie drastycznych spadków. Lekcja jest jednak twarda. Przecież nie tylko Grecja żyła ponad stan i o tym nie sposób zapominać.

Nieudany zamach na Times Square

Na pierwszy rzut oka Faisal Shahzad to przykład sukcesu imigranta. W Stanach Zjednoczonych ukończył studia na prestiżowym technicznym uniwersytecie. Został magistrem inżynierem, miał dobrą pracę, żonę i dwoje dzieci - chłopczyka i córeczkę. Normalna rodzina niedająca żadnego powodu, aby wzbudzać zainteresowanie służb. Zwłaszcza, że Shahzad nie wyróżniał się religijnością, nie uczestniczył w spotkaniach radykalnych grup. Jednak odpowiednie służby powinny zwrócić na niego uwagę, po długim pobycie w Pakistanie.

Trudno uwierzyć, że to właśnie ten mężczyzna 2 maja na zatłoczonym Times Square w Nowym Jorku pozostawił samochód z prymitywną bombą. Ładunek został rozbrojony przez policyjnych saperów.

- Spodziewałem się was. Jesteście z nowojorskiej policji czy z FBI? – zapytał Faisal Shahzad, gdy został zatrzymany przez agentów federalnych na lotnisku w Nowym Jorku. Zatrzymano go w ostatniej chwili, kiedy siedział już w samolocie lot nr 202,  lecącego do Dubaju. Kiedy ustalono nazwisko niedoszłego zamachowca, umieszczono go na liście osób objętych zakazem lotów. Jednak linie lotnicze Zjednoczonych Emiratów Arabskich nie zaktualizowały listy. Poprawnie zadziałały służby na amerykańskim lotnisku, kiedy otrzymały z linii lotniczych listę pasażerów. Zatrzymanemu postawiono pięć zarzutów, osadzono go w federalnym więzieniu i obecnie niedoszły terrorysta oczekuje na proces. Podobno współpracuje z władzami, ale mimo to pewnie szybko na wolność nie wyjdzie.

W czasie ,kiedy teatry na Broadway’u liczyły swoje straty po bezprecedensowej ewakuacji Times Square, ze strony władz płynęły uspokajające komunikaty. Janet Napolitano – szefowa Homeland Security przekonywała dziennikarzy, że nie ma żadnego elementu, który świadczyłby o tym, że jest to coś innego niż odosobnione działanie. Tymczasem w internecie do próby zamachu przyznali się pakistańscy talibowie.

W oświadczeniu napisano, że zamach miał być zemstą za śmierć dwóch talibskich przywódców i niewymienionych z nazwiska "muzułmańskich męczenników". Władze amerykańskie przekonują, że przynajmniej na razie nie ma żądnego dowodu na ich udział w próbie zamachu. Wkrótce jednak okazało się, że zapewnienia te nie miały pokrycia w rzeczywistości i niedoszły zamachowiec działał w porozumieniu z pakistańskimi talibami. Prawdopodobnie niedoszły zamachowiec przechodził przeszkolenie na pograniczu afgańsko-pakistańskim.

Północno-zachodnie prowincje przygraniczne, które zamieszkuje 21 mln ludzi, to piętą achillesowa Pakistanu. Jeszcze w 1893 roku Brytyjczycy wyznaczyli linię demarkacyjną, która oddzielała ówczesne Brytyjskie Indie od Afganistanu. Od 1947 r. linia ta jest oficjalną granicą między Afganistanem i Pakistanem, ale dla zamieszkujących te tereny Pasztunów - sztuczną barierą. Od przedmieść Peszawaru do przełęczy miasta Chajber rozciąga się ziemia bezprawia, gdzie władza Islamabadu nie sięga. To w Peszawarze w 1988 r. powołano do życia Al-Kaidę. Kiedy wyjeżdża się z Islamabadu w kierunku granicy z Afganistanem, wszędzie można spotkać tablice ostrzegacze, że rząd Pakistanu nie bierze odpowiedzialności za obcokrajowców przebywających w tym rejonie. Ruch jest zresztą mocno ograniczony przez władze, zaś na drogach stoją posterunki wojskowe kontrolujące podróżnych. Wielu jest zawracanych.

Pas terytoriów plemiennych nigdy tak naprawdę nie został włączony do Pakistanu i Islamabad nie wysilał się, żeby wprowadzić tam nowoczesny system administracji, wybudować jakąkolwiek państwową infrastrukturę. Stosunek terytoriów plemiennych do postkolonialnego Pakistanu był taki sam jak do wcześniejszych władców afgańskich i zarządców brytyjskich: to stosunek klienta do patrona, któremu płaci się za współpracę. To tutaj prawdopodobnie ukrywa się Osama bin Laden, swoje bazy posiadają talibowie, odpoczywający po walkach w Afganistanie.

Tym razem zamachowiec okazał się amatorem. Nie wiadomo jednak, kto z tego pogranicza, gdzie diabeł mówi dobranoc, przyjedzie następnym razem - ostrzegał w sieci CNN James Kirwood, emerytowany agent CIA.

David Cameron – premierem Wielkiej Brytanii

Partia Konserwatywna wygrała wybory w Wielkiej Brytanii. Zdobyła 307 mandatów, ale to zbyt mało, aby samodzielnie rządzić i będzie musiała stworzyć rząd koalicyjny z liberałami. Gordon Brown podał się do dymisji, królowa Elżbieta powierzyła misję stworzenia nowego rządu liderowi konserwatystów Davidowi Cameronowi. Ma on stworzyć pierwszy koalicyjny gabinet na Wyspach od 70 lat.

Konserwatyści krytykowali Partię Pracy za nieudolność w sprawach gospodarczych oraz za wpuszczenie na wyspy wielkiej ilości imigrantów, w tym Polaków. Brytyjczyków przekonały te argumenty. Jednak polityka, szczególnie zagraniczna pewnie nie ulegnie poważniejszym zmianom. Anglicy nadal będą głównym, europejskim sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Kampania na Wyspach dotyczyła przede wszystkim spraw wewnętrznych. David Cameron będzie najmłodszym brytyjskim premierem od 200 lat.

Czy Ameryka zreformuje prawo imigracyjne?

1 maja w wielu amerykańskich miastach zorganizowano manifestacje przeciwko nowemu stanowemu prawu imigracyjnemu uchwalonemu w Arizonie. Prawo zezwala lokalnej policji na sprawdzanie statusu imigracyjnego legitymowanych osób. Do Arizony ściągnęło wiele znanych osób, jak choćby urodzona w Kolumbii piosenkarka Shakira, aby zamanifestować swój sprzeciw wobec uchwalonej regulacji. W trakcie protestów organizacje latynoskie domagały się, aby administracja Obamy rozpoczęła poważne prace legislacyjne nad odpowiednią ustawą jeszcze w tym roku. Grożono, że jeżeli próba reformy przewidująca legalizację nielegalnych imigrantów przebywających w USA nie nastąpi, Latynosi nie poprą Partii Demokratycznej w listopadowych wyborach.

Mimo gwałtownych protestów badania opinii publicznej wskazują jednak, że większość Amerykanów popiera wprowadzone przepisy i niewykluczone, że inne stany postąpią podobnie jak Arizona.

Sytuacja w Arizonie, wojna z gangami narkotykowymi w Meksyku oraz sytuacja na granicy, gdzie mafia w zorganizowany sposób przemyca narkotyki i ludzi, spowodowała, że w Ameryce rozpoczęła się poważna dyskusja o reformie prawa imigracyjnego. Z prowadzonych sporów jasno wynika, że zarówno republikanie jak i demokraci nie zgodzą się na reformę, jeżeli najpierw nie zostanie opanowana sytuacja na południowej granicy. Legalizacja nielegalnych imigrantów możliwa będzie tylko w przypadku uszczelnienia granicy. Najpierw więc uszczelnienie granicy, potem reforma. Dodatkowo niemal wszystkie zgłaszane projekty zakładają zwiększenie kar dla pracodawców, zatrudniających nielegalnych imigrantów. Ponadto wprowadzone zostaną nowe karty social security, zawierające elementy biometryczne. W praktyce karty takie będą federalnymi dowodami osobistymi. Jednak mało prawdopodobne, aby kompleksowa reforma prawa imigracyjnego możliwa była w tym roku. Prawdopodobnie zajmie się nią nowy Kongres po listopadowych wyborach.

Wulkan dał nauczkę

1.7 miliarda dolarów kosztowały linie lotnicze perturbacje po zamknięciu przestrzeni powietrznej niemal nad całą Europą, spowodowane wielką chmurą pyłu wulkanicznego, jaka pojawiła się po erupcji wulkanu Eyjafjöll na Islandii. Kiedy w końcu pyły opadły, prawie tydzień zajęło liniom lotniczym rozładowanie korka na lotnisku O’Hare w Chicago. W innych miejscach sytuacja była podobna. Wulkan jednak ciągle grzmi i wyrzuca pyły. Co jakiś czas zamykane są lotniska w różnych miejscach w Europie. A to podobno nie koniec, gdyż erupcja Eyjafjöll może potrwać około roku. Ponadto wulkanolodzy ostrzegają przed erupcją innego islandzkiego, znacznie większego wulkanu imieniem Ketla. Wybuchy Ketly w historii zazwyczaj towarzyszył aktywności Eyjafjöll. Możliwe więc, że w kolejnych tygodniach przeżyjemy jeszcze niejeden paraliż. Wybuch Ketly mógłby doprowadzić do paraliżu ruchu lotniczego na długie tygodnie.

Nowszy Starszy

Inne artykuły w kategorii Świat

Pozostałe kategorie tego artykułu: · Polska · Polonia w USA · Polonia na świecie · Biznes i gospodarka · Polityka · Ludzie

Skomentuj artykuł w Hydeparku Polonii

Dodaj swoją opinię do komentarzy jako pierwszy!

Imię:
Komentarz:
Dodaj komentarz

Najnowsze artykuły

Magazyn w sieci

Hydepark Polonii

Bogdan Domeracki
17 mar, 15:58
„POLACY w kraju Helwetów”… Zapraszamy także do nas...! »
Marie Elizabeth
09 mar, 14:34
Oh je me sens de nouveau en vie après avoir subi beaucoup de traumatismes et de chagrin. Je [...]»
rodric camela
08 mar, 19:02
Cześć przyjaciele chcę podzielić się moim świadectwem i powiedzieć jak cudownie byłem odkąd mój mąż wrócił do mnie [...]»

Najczęściej...