Podziel się   

Podróże i turystyka Pokaż wszystkie »

Wydanie 2009-03 · Opublikowany: 2009-08-09 21:42:32 · Czytany 5870 razy · 0 komentarzy
Nowszy Starszy

Kalifornia (cz.I)

Dziewięć na dziesięć osób zapytanych, gdzie chciałoby skierować pierwsze kroki po przybyciu do USA, odpowie bez namysłu: „Kalifornia”. Jedna na dziesięć zapytanych osób odpowie po namyśle: „Kalifornia”.

Nie jest prawdą , że ten stan jest najpiękniejszy. W każdym stanie w USA jest coś wartego zobaczenia, jedynego w swoim rodzaju. Ale Kalifornia jest najbardziej różnorodna geograficznie i klimatycznie, trzecia pod względem wielkości i najludniejsza. Ma niewiele mniej mieszkańców niż Polska (35 mln) i nie bez powodu ludzie chcą tu mieszkać. Wiedzą co robią!

Na wyobraźnię działa wiele bodźców. Gubernatorem stanu jest Arnold Schwarzenegger. Największe miasto to Los Angeles. To w Kalifornii jest Hollywood, Dolina Śmierci, Golden Gate, Dolina Krzemowa, Alcatraz, Malibu, Beverly Hills... Można by tak wymieniać jeszcze długo. Historia stanu też jest baśniowa. Ziemie należały do Meksyku, kiedy USA zajęły je zbrojnie. Ale wypłaciły Meksykowi 25 mln dolarów odstępnego. Dobrowolnie. Prawdopodobnie tylko dlatego, że Amerykanie wiedzieli o złożach złota ukrytych na tych terenach. I rzeczywiście – wkrótce odkryto kruszec i ruszyła tu lawina spragnionych bogactwa. To wpłynęło na przyszłość stanu i wydatnie przyczyniło się do szalonego rozwoju regionu.   

Dziś Kalifornia, do niedawna tak bogata, że będąc samodzielnym państwem znalazłaby się w pierwszej dziesiątce światowych potęg – co zawdzięczała wydobyciu złota, turystyce, produkcji rolnej, przemysłowi elektronicznemu i oczywiście filmowemu – ma ogromny deficyt budżetowy. Równocześnie świadomość, że w razie trzęsienia ziemi połowa stanu może zostać zepchnięta do Pacyfiku, wyrobiła w mieszkańcach umiejętność doceniania dnia dzisiejszego.

Redwood National Park

- Wiesz ile tu kosztuje drewno?- pytam retorycznie, bo skąd ma wiedzieć, jeśli nie wchodziła ze mną do środka. - Prawie 6 dolców!

Dwa razy więcej niż normalnie. Złodzieje.

Gośka nie wytrzymuje i wychodzi z samochodu. Wjechałyśmy do tego miasteczka (Klamath) tylko dlatego, że pierwszy raz w życiu zobaczyłam miasto ogrodzone siatką. Jak jakiś... ogród. Tyle, że miejscowość nie ma nic z ogrodowego uroku. Jeden sklep, jedna stacja, kilka odrapanych domków typu drewniany barak. Zmierzcha, więc może jeszcze to odbiera naturalne ciepło miejscu? Ceny mnie wkurzają. Drogo jak nie wiem co, a wybór żaden.

- Kupić to drewno? Nie wiadomo czy coś się potem trafi, a zimno się robi jak diabli...

Zanim jednak podjęłyśmy tę strasznie ważną decyzję, czy wydać po 3 dolce na łebka za wiązkę, zaczepia nas Frank. On nam załatwi drzewko. Za jakieś pół godziny. I za jakieś 20 zielonych, ale cały bagażnik. Myśl, że nie mamy bagażnika i trzeba będzie to drewno umieścić, gdzieś pomiędzy plecakami, a prowiantem, i potem z nim spać, jakoś mnie nie martwi.

Sprzedawca patrzy na nas z nienawiścią. Dobrze mu tak. Zdzierca.

...

Redwood National Park, ponad 110 akrów lasów ciągnących się wzdłuż wybrzeży północnej części Kalifornii, wart jest zobaczenia z kilku powodów. Z powodu Indian, z powodu drzew i z powodu położenia.

Indianie wielu szczepów zamieszkiwali te ziemie (Tolowa, Yurko i Chilula) od tysięcy lat, a do czasów współczesnych przetrwały o nich legendy, liczne rezerwaty z coraz mniej licznymi mieszkańcami oraz słynne indiańskie canoe, robione z czerwonego drzewa. Jakkolwiek okres świetności plemion indiańskich dawno minął – warto się wybrać w te tereny, by poznać Indian, pooglądać warunki w jakich mieszkają, zaznajomić się z ich krwawą historią. Jest to też rejon, w którym można kupić autentyczne, indiańskie wyroby, ozdoby, ubrania. Szczególnie godne polecenia jest otoczenie rzeki Klamath i ten właśnie rezerwat. I to nie ze względu na egzotykę życia współczesnych synów tej ziemi, ale ze względu na realizm egzystencji.

...

- No przecież widzisz, że jest napisane „full”!
- To co chcesz wracać przez ten las?

W życiu! Właśnie przyjechałyśmy, po nocy, drogą wołającą o pomstę do nieba. Ani znaku, ani człowieka, jedynie oczy jakichś jelonków przy drodze. Nienawidzimy jelonków przy drodze! Zwłaszcza nocą, gdy pada, jest ślisko, a my ledwo żyjemy, szukając noclegu. A tu full!

- Może...
- Na pewno nie będę spać przy drodze! Wybij to sobie z łepetyny!
- No to, co robimy?

No właśnie – co robić w sytuacji, gdy przyjeżdżamy prawie o północy, na jedyny w okolicy kemping, leje, zimno i wstrętnie, a tu full. Znaczy, nie ma miejsc. Inni byli szybsi, lepsi, pierwsi, a ty biedaku coś teraz wymyśl...

...

Redwood National Park leżący w północnej części Kalifornii, swoją nazwę i sławę zawdzięcza drzewom zwanym Redwoods. To rodzina, do której należą znane wszystkim największe na świecie sekwoje (giant sequoia) oraz czerwone drzewa (coast redwoods), które są na świecie najwyższe. W tym miejscu te najwyższe na świecie czerwone drzewa, zwane popularnie Redwood, są atrakcją. Występują już tylko tutaj i, częściowo, w Oregonie, żyją ok. 2 tys. lat, ważą do 730 tys. kg, osiągają średnio wysokość 111, a objętość ponad 6 metrów. Prawdziwy rekordzista w tym względzie to Tall Tree – ma 600 lat, mierzy 122 metry i wciąż rośnie!         Redwoods zostały przetrzebione na tyle, by nieliczne miejsca ich występowania były dziś chronione.

Przygoda z najciekawszym lasem świata zaczyna się po wjeździe na teren Kalifornii od północy, drogą numer 101, mniej więcej w miejscowości Crescent City, a kończy w miejscowości Trinidad. Przejeżdżając ten odcinek drogi i zbaczając z niej jedynie za znakami – zobaczyć można wszystko, co najważniejsze. Fakt, że miejsce leży w oddaleniu od głównych atrakcji turystycznych i z dala od głównych szos, czyni miejsce nieco odludnym i tym ciekawszym.

Death Valley

- Wyłącz klimatyzację - warczy Gośka.
- Zwariowałaś! Jest 50 o Celsjusza! Chcesz nas tu żywcem usmażyć?
- Nie widzisz znaków? Tu jest stromy podjazd i piszą, żeby wyłączyć i światła, i RC.
- Upieczemy się.
- Jak chcesz. Jak nam pójdzie samochód - chyba cię uduszę... Chociaż pewnie nie będę musiała.

No to wyłączam. Za żadne skarby świata nie chciałabym tu utknąć. Zanim na to pustkowie dojechałaby jakaś pomoc – z pewnością umarłybyśmy z samej świadomości, że jesteśmy tu, pozbawione chłodzenia.

...        

Dolina Śmierci została tak nazwana nie ze względu na wysoką temperaturę latem. Gdyby powiedzieć np. Afrykanom o panujących tu pięćdziesięciostopniowych upałach – wzruszyliby ramionami. Niesłusznie. Ta dolina jest jak śmierć nie dlatego, że jest tu gorąco, ale dlatego, że jest tu w dodatku gorąco. W dodatku do najniżej położonego (zdarza się i 86 m poniżej poziomu morza), olbrzymiego (8374 km2), najbardziej suchego w Ameryce (wilgotność względna poniżej 1%) obszaru, który jest popękaną, wyschnięta skorupą, pozbawioną jakiegokolwiek cienia. Pozbawioną ludzi. Niemal pozbawioną życia. Przejechać dolinę można prostą, ale biegnącą przez ostre wzniesienia drogą, ciągnącą się dziesiątki kilometrów (długość doliny to 225 km). I niech Bóg ma w opiece tego, kto zmuszony byłby tu czekać na pomoc drogową! 

...

Połowa drogi. Gośka usiłuje mnie przekonać, że po to tu w końcu jesteśmy, żeby eksplorować. Ale ja nie jestem w stanie wysiąść z samochodu. Wyszłam pół godziny temu w jakimś punkcie, chyba ratunkowym (jeden sklep!). Podmuch wiatru natychmiast rozgrzał mi oprawki okularów przeciwsłonecznych tak, że musiałam je zdjąć… Nawet oddycha się źle. Od tamtej pory siedzę w aucie jak w igloo. Z przerażeniem patrzę przez okno na drgające powietrze i burze pustynne. Jezu! Co za miejsce. Świadomość, że na tej rozgrzanej powierzchni (podobno przy ziemi jest nawet 100o C) może nam pójść opona sprawia, że jedyne czego chcę, to wyjechać stąd żywa. Nazwy mijanych „atrakcji” wcale nie pomagają mi się uspokoić. Oto Piekielne Wrota. Na lewo Pogrzebowe Góry, na prawo Wzgórze Trumien. No pięknie po prostu! Patrzę na termometr i kiedy widzę 52o C zaczynam nerwowo kręcić głową.

Ona upiera się jednak, że skoro już tu przyjechałyśmy, powinnyśmy zobaczyć to, co najważniejsze.

Ale nie ma głupich. Daję się namówić na wyjście z samochodu tylko raz. By usmażyć jajko bez ognia i je później zjeść. Jest południe, powyżej pięćdziesiątki, mamy kupione specjalnie na tę okazję jajka i patelnię. Żar nam się leje na głowy, gdy rozbijamy jajo. Czekamy kilkanaście sekund – nic.

- Trzeba by poczekać z pół godziny - jęczy Gośka, której pot już zalewa oczy. A minęła dopiero minuta.
- Może trzeba je nie na patelnię, ale na coś gorącego - sugeruję, marząc byśmy zeszły z tego piekła. - Na kamieniu! Tony Halik smażył na kamieniu...

Rozglądamy się. Nie ma kamieni. Jest tylko piach i ziemia.

- No to może na masce samochodu - decyduję wreszcie, bo ile można tak stać na wietrze? Pięć minut?

Wylewam. Spływa jak gdyby nigdy nic. Widocznie wciąż jest zbyt chłodno...

- Jedziemy?
- A nasze jajko?
- Chrzanić jajko -
sama czuję się tak, jakby mi się coś ścięło w organizmie. - Usmaży się na tej masce po drodze. Wtedy go możemy zjeść. Uciekajmy stąd wreszcie!

...

W Death Valley na uwagę zasługuje kilka punktów, które swym wyglądem podkreślają charakter miejsca. Najbardziej kontrowersyjny to Racetrack Playa – gdzie można zobaczyć wędrujące kamienie. Tzn. kamienie, które wędrują. Wygląda to ciekawie, bo na piaszczystej równinie brak czegokolwiek, prócz głazów. I ciągnących się za nimi śladów przesuwu. Śladów długich na kilkadziesiąt metrów. Czyli kamienie idą. Czy ktoś widział jak idą? No nie. Ale nic innego, jak tylko same głazy mogły zrobić te ślady. Jak to wytłumaczyć? Tłumaczeniem, badaniami i hipotezami zajmują się od kilkudziesięciu lat naukowcy, i od kilkudziesięciu lat do końca nie wiadomo, dlaczego w Dolinie Śmierci kamienie same chodzą. Ale można obejrzeć ewidentne dowody tego procesu .

Oprócz kamieni z nogami, jest tu największa depresja kontynentu – Bedwater.  Położona 86 metrów poniżej poziomu morza resztka po jeziorze, które wyschło 3 tys. lat temu. Teraz pozostało pokryte solą dno i trochę cuchnącego siarczanami płynu. Jest też Pole Golfowe Diabła, czyli ziemia spieczona i popękana tak bardzo, że trudno tu wbić nawet gwóźdź, można popatrzeć na złocistą czerwień formacji w Zabriskie Point lub w głąb krateru Ubehebe. A jak już się człowiek zdołuje tym pustynnym, bezżyciowym, dennym krajobrazem można pojechać do Zamku Scotty’ego. I po kilkakrotnym przetarciu, z niedowierzaniem, oczu obejrzeć przepysznie urządzony, autentyczny zamek, postawiony na środku pustyni i nazwany imieniem hochsztaplera, który nawet nie był właścicielem tego przybytku, ale spowodował jego powstanie, bo „ten klimat dobrze mu robił na zdrowie”.

...

- Ty! Co to tam tak błyszczy na horyzoncie? Samochód?

Tak! To jest samochód. Jedzie sobie w tę samą stronę co my, tą samą drogą co my. Tyle, że my jedziemy szybciej i go doganiamy. Nasza radość jest niezmierna. Właśnie od dwóch godzin jedziemy asfaltówką, która powinna nas stąd wyprowadzić. Zbliża się wieczór, temperatura spadła wprawdzie do 48oC, ale niżej ani drgnie. Końca jakoś nie widać. I właśnie naszą rozmowę o tym, czy na pewno jedziemy w odpowiednią stronę i dlaczego od godziny nie widać żadnego samochodu, przerywa widok owego na horyzoncie. Co za ulga... Kto by pomyślał, co? Co za ulga, że jedziemy właściwą drogą...

Yosemite

Siedzimy pod El Capitan. Na karimatach. Na łące. Wkoło trochę ludzi. Też tak siedzą. Jedzą, piją, rozmawiają. A od czasu do czasu podnoszą lornetki do oczu i wbijają wzrok w granitową skałę. Oglądają wspinaczy. Czyli tych, którzy przyjechali tu w celu zdobycia ściany. Pocą się, stękają, brzęczą swoim sprzętem. Szybko zresztą znikają z oczu. Skała ma ponad 1000 m wys., więc w jeden dzień zdobyć się jej nie da. Trzeba nocować gdzieś na półce, jak się taka trafi, lub podwiesić się na czymś w rodzaju hamaka. Musi być przeżycie!

- Do you want any water? - Gośka litościwie krzyczy do dwóch dziewczyn zataczających się na drodze. Chyba właśnie wracają z El Capitan, bo tylko kiwają głowami. Podajemy im dwie butelki wody, a jednej poprawiam ciągnącą się za nią linę... Jeszcze jej kto na tę linę najedzie samochodem i dziecko się udusi.
- Nie szkoda ci trochę?- Gośka zauważa mój przyczepiony do oddalających się dziewcząt wzrok.
- Nie.

Wszystko ma swój czas. Ja mam teraz czas wypraw. Wspinać się będę kiedy indziej. Aktualnie piję kawę, siedząc pod El Capitan. Skałą, której zdobycie jest marzeniem każdego wspinacza.

...

Swoją fantastyczną rzeźbę Yosemite – dolina leżąca w górach Sierra Nevada w Kalifornii – zawdzięcza lodowcom. I cierpliwości natury. Bo mimo, że granit wydaje się materiałem najcięższym do formowania, znalazł się nań sposób. Mianowicie lód. To lodowce (o niedocenianej, a ogromnej sile nacisku) rzeźbiły w skale fantastyczne kształty: niecki, rysy, zapadliny, koryta i wąwozy. Zajęło im to wprawdzie jakieś 2 mln lat, ale gdy po ociepleniu, nagle ustąpiły – zostawiły po sobie nierzeczywiście piękne kształty. Sucha skała, już wyrzeźbiona artystycznie, nabrała jeszcze uroku, gdy wstąpiło w nią życie. Zieleń i woda przyozdobiły nagie góry po mistrzowsku, a przyjazne teraz życiu tereny, zamieszkały zwierzęta.

Nie trzeba też było długo czekać na człowieka. Indianie Yo'hem-iteh zagospodarowali część tej przestrzeni. Urzekła ich dolina – długa na 7 i szeroka na 1 milę, otoczona przez strome, niemal pionowe skały, poprzecinane wodospadami. Dolina wyściełana łąkami, w otoczeniu lasów. Sielanka trwała jak zwykle do czasu przybycia Białego.

Pionierem, który odkrył te ziemie był Joseph Rutheford Walker, który przejeżdżał tędy w 1833 roku. Nie zjeżdżał jednak w dół, gdyż zbyt był wyczerpany dotychczasową podróżą, a i potrzeby specjalnej nie było. Tyle, że zarejestrował urodę miejsca. Dopiero perspektywa wydobycia złota spowodowała pokusę wyparcia stąd Indian i zagarnięcia terenu dla siebie. Było to w połowie XIX wieku, i od tej pory Biali, sukcesywnie i w barbarzyński sposób, opanowywali dolinę. Po czym bezczelnie nazwali ją Yosemite, od nazwy wyrzuconych stąd Indian.

Ale nie ma tego złego, co nie miałoby strony dobrej. Dziś Yosemite jest obiektem Światowego Dziedzictwa Przyrody, jednym z najbardziej popularnych miejsc wśród amatorów natury. Parkiem Narodowym położonym na ponad 3 tys. km2. Granitowe klify, tęczowe wodospady, sekwojowe lasy, tysiące jezior, 1600 mil strumieni, 800 mil dróg wspinaczkowych i najprawdziwsza dzika zwierzyna. To tu czarne niedźwiedzie włamują się do samochodów w poszukiwaniu żywności – co działa najbardziej na wyobraźnię zwiedzających. Ale oprócz misiaków jest tu ponad 70 gatunków innych ssaków, 250 różnych ptaszysk, 11 rodzajów ryb i około 1500 roślin. Tu roztacza swe uroki mekka wspinaczy – fantastyczna El Capitan (największa granitowa bryła na świecie - 1067 m). Tu mamy najwyższy w USA, i jeden z najwyższych na globie, Yosemite Waterfall. Kto tu przyjedzie – nie będzie się nudził.

...

- Udało nam się z tym miejscem co? - siedzimy właśnie przy piknikowym stoliku, z piwem w dłoni, a ja wypowiadam to zdanie w fatalnym momencie. Podchodzi do nas facet. W ciemności widać tylko jego brodę i białka oczu.
- Sorry guys, but this is our place. Don’t you see the tent?

Musimy mieć niezłe miny. No, bo rzeczywiście – jest 22.30, w okolicy innego kempingu nie ma, a tu więcej miejsc też nie. No nie zauważyłyśmy tego namiotu wcześniej. Gość patrząc na nas mięknie. Dobra, nie musimy się wynosić. On właściwie nie ma nic przeciwko, żebyśmy siedziały przy stoliku, ale samochód musimy trochę przestawić, bo oni właśnie przyjechali i muszą gdzieś zmieścić swój.

- Of course, of course, thank you so much…

Gośka przestawia Kiciunię, a facet mnie inwigiluje. Gdzie namiot? Nie mamy namiotu – śpimy w aucie. O to jeszcze lepiej. Nie będzie problemu ze zmieszczeniem się na polance.

- Dobra - krzyczy do mnie Gocha. - Powiedz mu, że miejsce wolne
- Polki? - z niedowierzaniem, ale najczystszą polszczyzną mówi do mnie nasz dobroczyńca. - To wy jesteście z Polski? Kurczę, ale numer...

I tak poznajemy Witka.

(Idź do drugiej części reportażu z Kalifornii)

Nowszy Starszy

Inne artykuły w kategorii Podróże i turystyka

Skomentuj artykuł w Hydeparku Polonii

Dodaj swoją opinię do komentarzy jako pierwszy!

Imię:
Komentarz:
Dodaj komentarz

Najnowsze artykuły

Magazyn w sieci

Hydepark Polonii

Bogdan Domeracki
17 mar, 15:58
„POLACY w kraju Helwetów”… Zapraszamy także do nas...! »
Marie Elizabeth
09 mar, 14:34
Oh je me sens de nouveau en vie après avoir subi beaucoup de traumatismes et de chagrin. Je [...]»
rodric camela
08 mar, 19:02
Cześć przyjaciele chcę podzielić się moim świadectwem i powiedzieć jak cudownie byłem odkąd mój mąż wrócił do mnie [...]»

Najczęściej...