Podziel się   

Polityka Pokaż wszystkie »

Wydanie 2010-02 · Opublikowany: 2010-04-19 22:02:50 · Czytany 4890 razy · 2 komentarzy
Nowszy Starszy

Afera hazardowa

Po rozpoczęciu reform ekonomicznych w 1989 wszystkich odwiedzających Polskę uderzało zamiłowanie naszych rodaków do hazardu. Jak grzyby po deszczu powstawały kasyna, gdzie młodzi, wygoleni mężczyźni zasiadali do stołu z ruletką.

Odwiedzenie kasyna w sopockim Grand Hotelu należało do dobrego tonu, jakby w ten sposób nowi kapitaliści mogli przez chwilę poczuć się europejscy, wręcz światowi. Wydawało się, że – mrugając porozumiewawczo – zdają się mówić, że oto w Polsce jest już jak w Las Vegas czy Monte Carlo.

Hazard schodził także pod strzechy. Masowo powstawały lokale, w których ustawiano automaty do gry. W okolicy wejścia na sopockie molo w kilku knajpach stało ich ponad 300. Cóż tam molo. Jak Polska długa i szeroka w miastach dużych i małych stawiano drewniane budy, w których instalowano automaty. Przysłowiowy jednoręki bandyta stał się trwałym elementem powstającego kapitalizmu. W drewnianej budzie zaś sprzedawano towar niezwykle poszukiwany. Oferowano bowiem marzenie o bogactwie i wielkim szczęściu.

Oczywiście politycy czy działacze samorządowi, z którymi rozmawiałem, zdawali sobie sprawę, że wokół jednorękich bandytów śmierdzi. Znana lokalna osobistość oprowadzając mnie kiedyś po Gdańsku z rozbrajającą szczerością opowiadała mi o bramkarzach pilnujących danych lokali, sypiąc detalami dotyczącymi rodzin mafijnych do jakich przynależą. Dla polityków smród wokół jednorękich bandytów był jednak prawdziwym zapachem kapitalizmu i gospodarczej wolności. Nie ulega wątpliwości, że wiele ustaw dotyczących hazardu pisano na zamówienie biznesmenów i organizacji przestępczych. Wszak „załatwianie” spraw z politykami było w Polsce powszechne i nie mogło ominąć dziedziny, w której operuje się przede wszystkim gotówką. Czy coś w tym złego? Przecież pamiętam, jak znany polityk, człowiek o wspaniałym życiorysie, ku mojemu osłupieniu, całkiem serio przekonywał mnie, że pierwszy milion trzeba ukraść.

Biorąc pod uwagę fakt, że normalne polskie życie oznacza zazwyczaj „załatwiactwo”, wraz z odchodzeniem do historii romantycznego okresu budowy kapitalizmu, afera hazardowa wybuchnąć musiała prędzej czy później. Zbyt dużo fortun, zbyt dużo rozmaitych interesów narosło wokół drewnianych bud z automatami, aby nagle cały ten hazardowy burdel uporządkować ot tak sobie, bez żadnego bólu, zwłaszcza, że ludzie żyjący ze sprzedawania marzeń o bogactwie wcześniej załatwiali co chcieli, finansowali partie polityczne i kampanie poszczególnych polityków.

Wbrew pozorom tak zwana afera hazardowa wcale nie zaczęła się od podsłuchanych na cmentarzu rozmów polityków PO. Znacznie wcześniej usiłowano w Polsce zaprowadzić cywilizowane standardy, narzucone zresztą Polsce przez Unię Europejską. Natomiast w roku 2006 politycy z rządu Jarosława Kaczyńskiego wpadli na mało realny pomysł zbudowania stadionów na euro 2012 za pieniądze pochodzące z hazardu. Zabrano się do roboty, jednak sprawę spartaczono kompletnie. Politycy wymyślili sobie, aby uzyskać 469 mln zł rocznie przy pomocy dziesięcioprocentowych dopłat doliczanych do ceny każdego losu, gry na automacie czy zakładu w totalizatorze. Napisano jeden z bardziej idiotycznych projektów ustaw, jaki kiedykolwiek ujrzał światło dzienne. Przewidywał on między innymi, że wygrany żeton w ruletce nie mógłby być ponownie postawiony bez uiszczenia odpowiedniej opłaty w kasie. Czy do zadań krupiera miałoby więc dojść znakowanie na stole żetonów? A po każdej grze przy kasie ustawiałaby się kolejka chętnych? To już pozostanie słodką tajemnicą autorów ustawy. W każdym bądź razie ostatecznie zwyciężył zdrowy rozsądek i rząd wycofał się z tak nieżyciowych projektów. Centralne Biuro Antykorupcyjne uważało jednak inaczej i rozpoczęło dochodzenie, twierdziło bowiem, że mogło się tak stać w wyniku akcji właścicieli kasyn czy salonów z automatami do gry.

Rząd Jarosława Kaczyńskiego upadł, ale po nowym politycznym rozdaniu kontynuowano prace nad uporządkowaniem rynku hazardowego. Rząd Donalda Tuska pisał swoją wersję ustawy. Bomba wybuchła na przełomie września i października 2009 roku. Dziennik „Rzeczpospolita” ujawnił stenogramy rozmowy Zbycha z Rychem o Mirze i Grzesiu, po której już nic nie było takie samo. Niemal natychmiast poleciały głowy ministrów. Premier działał niezwykle szybko i impulsywnie. Hazard niemal z dnia na dzień stał się zły i ohydny, choć jeszcze niedawno myślano o tym, by pozwolenia na salony i kasyna mogli wydawać wójtowie, burmistrzowie i prezydenci. Powstała sejmowa komisja śledcza. W idiotycznie szybkim tempie uchwalono ustawę hazardową, która znacznie ograniczy możliwości spotkania z jednorękim bandytą i zaostrzy kontrolę państwa nad dochodami. PO zrobiła sporo, aby jak najdalej odepchnąć od siebie aferę.

Na początku dochodzenia CBA afera hazardowa nazywała się operacją „Black Jack”. Zdaniem Biura, które wcześniej o sprawie poinformowało premiera i prezydenta oraz marszałka Sejmu, dwaj biznesmeni z Dolnego Śląska, Ryszard Sobiesiak i Jan Kosek próbowali załatwić korzystne zapisy w nowelizacji ustawy hazardowej. CBA założyło im podsłuchy. W efekcie media opublikowały stenogramy, gdyż jak w Polsce ktoś ma interes polityczny, to wszystko wycieknie do mediów. Cała Polska czytała, że: „na 90%, Rysiu, że załatwimy. Tam walczę, nie jest łatwo, tak ci powiem” - mówił podsłuchany przypadkiem Zbigniew Chlebowski. Przypadkiem, bo przecież to nie jego telefon był na podsłuchu.

Ten cytat obiegł całą prasę, miały go na czołówkach gazety, portale internetowe, trąbiły o nim radia i stacje telewizyjne. Temat był nie byle jaki. Oto Platforma Obywatelska, dotąd – jak twierdził Jarosław Kaczyński – ulubiona partia mediów, wplątała się w poważną aferę. A to przecież afery były gwoździami do trumien rządów. Rząd SLD dobiła sprawa firanek w mercedesie, kolejny – koalicji PiS, Samoobrony i LPR – afera gruntowa. Dodatkowo dochodziła tajemnicza scenografia. Chlebowski i Drzewiecki rozmawiali cichaczem, gdzieś na cmentarzu czy na stacji benzynowej. Jakby ukrywali te kontakty, zdawali sobie sprawę z niestosowności zabiegania o kształt ustawy wygodny dla biznesmenów z podejrzanej branży.

Opozycja wykrzykiwała o skandalu stulecia, zaś premier Donald Tusk szybko i sprawnie wyrzucał kolejnych zamieszanych.

Śledztwo być może wykaże czy faktycznie mamy do czynienia z wielką korupcyjną aferą, czy też niefrasobliwością i brakiem odpowiedzialności kilku polityków, którzy stracili swój instynkt samozachowawczy, przekraczając dopuszczalne granice w kontaktach z biznesem. Bo gdyby posłuchali instynktu, od ustawy hazardowej, nad którą pracował rząd, powinni się trzymać z daleka. Tak się bowiem składa, że ilekroć Sejm nad nią procedował, na polityków – od prawicy do lewicy – padały podejrzenia, że działają pod wpływem szemranego lobbingu.

Chociaż wątpię, aby śledztwo cokolwiek wyjaśniło. Patrząc na historię ostatnich dwudziestu lat, żadne wielkie śledztwo, w które w jakikolwiek sposób umoczeni byli politycy nie przyniosło wyników. Wszystkie prędzej czy później umierały śmiercią naturalną. Widzieliśmy wszystko, zadziwiające epidemie samobójstw wśród świadków, liczne pomory wśród prokuratorów i innych zainteresowanych, brakowało tylko wyników. Czy tym razem może być inaczej?

Bieg zdarzeń pokazuje, że raczej nie. Dowodzi tego praca sejmowej komisji śledczej, która w ciągu pierwszych tygodni pracy ugrzęzła w politycznej awanturze. Na początek PO wyrzuciła z niej posłów PiS, choć ich przesłuchania nie potwierdziły, że istniały ku temu jakiekolwiek poważne przesłanki. Przesłuchania te udowodniły jedynie, że politykom zarówno PO, jak i PiS obce jest myślenie o interesie państwa. Jedyne co potrafią, to walczyć o swój partykularny interes grupowy. Dotychczasowy spektakl pod tytułem „komisja śledcza” jest tak wielką żenadą, że w ogóle trudno na ten temat pisać.

Fenomen polega na tym, że przynajmniej jak do tej pory afera hazardowa nie spowodowała wyraźnego spadku notowań Platformy Obywatelskiej. I pewnie już nie spowoduje, gdyż afera zostanie rozmyta. Komisja niczego sensownego nie ustali, zaś z czasem wybuchnie jakaś nowa sprawa i uwaga mediów skoncentruje się na innym temacie. „Załatwiacze” zaś nadal będą zabiegać o swoje sprawy. Może z czasem ktoś nakręci film, coś w stylu amerykańskiego horroru politycznego Raport Pelikana, albo trafi się uparta i dzielna polska Darby Shaw, która opisze aferę ze wszystkimi detalami.

Nowszy Starszy

Inne artykuły w kategorii Polityka

Pozostałe kategorie tego artykułu: · Polska · Świat · Polonia w USA · Biznes i gospodarka

Skomentuj artykuł w Hydeparku Polonii

Komentarze zostały tymczasowo wyłączone. Przeprszamy!

jasiek · 2010-07-27 13:56:56

pieniadz rzondzi swiatem od zawsze

nihil_novi · 2010-07-26 12:28:40

E tam... Reka reke myla, myje i myc bedzie na calym swiecie, czy to Polska, czy US, czy jakas inna Kamobodza. I bedzie tak doputy, dopoki wyznacznikiem nadrzednych wartosci bedzie pieniadz (a niech was, Fenicjanie). A jako ze to sie nie zmieni nigdy, gdyz swiat wszedl w faze paranoi, gdzie za butelke wody placi sie bita moneta, to nie ma co ludzic sie ze w Polsce bedzie inaczej. I pewnie bylo tak zawsze, tylko dzieki temu ze wymiana informacji obecnie to betka, czesciej sie o tym slyszy. Czasem to az sie chce czlowiekowi kupic na jakim targu AK47 i zrobic porzadek z wlodarzami tego lez padolu...

Najnowsze artykuły

Magazyn w sieci

Hydepark Polonii

Dawid
25 lip, 15:17
Zapraszamy na forum Polakow w Szwajcarii - https://forum.polakow.ch»
Mia Lukas
21 cze, 05:49
Mój były chłopak rzucił mnie tydzień temu po tym jak oskarżyłem go że spotyka się z kimś innym [...]»
hanna
20 cze, 03:58
Wszystko dzięki temu wspaniałemu człowiekowi zwanemu dr Agbazarą wspaniałemu czaru rzucającemu we mnie radość pomagając mi przywrócić mego [...]»

Najczęściej...