Podziel się   

Polonia na świecie Pokaż wszystkie »

Opublikowany: 2013-06-06 17:03:29 · Czytany 6978 razy · 0 komentarzy
Nowszy Starszy

Polacy w Misiones

fot. Jarosław Fischbach

Zobacz w galerii:

Polacy w Misiones

Pierwsi Polacy, którzy przybyli do Argentyny, skierowali swe kroki do północno-wschodniej prowincji Misiones. Są to ziemie położone na pograniczu trzech państw: Argentyny, Brazylii i Paragwaju. Krajobrazy regionu są tam zupełnie odmienne od znanych nam z Polski. Dominują w nich trzy kolory: intensywna czerwień – barwa tutejszych gleb, zieleń – obszar porośnięty jest selwą, czyli tropikalną, wiecznie zieloną puszczą, oraz nieskazitelny błękit bezchmurnego, słonecznego nieba. Teren jest płaski lub lekko pofalowany. Przez cały rok jest  upalnie, panuje tu klimat podzwrotnikowy.

Pionierzy polskiego osadnictwa w Argentynie dotarli tu już pod koniec XIX stulecia. 27 sierpnia 1897 roku do Misiones dotarła pierwsza grupa 15 polskich rodzin, licząca 54 osoby. Prawie trzy miesiące wcześniej, 9 czerwca, przypłynęli oni do Buenos Aires z Hamburga niemieckim statkiem „Antonina”. Ich przyjazd do Argentyny był dziełem przypadku. Przy zaokrętowaniu na statek okazało się, że część podróżnych, która zakwalifikowała się do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, nie posiadała niezbędnych dokumentów zdrowotnych. Zaproponowano im więc rejs do Argentyny, która także potrzebowała nowych rąk do pracy w rolnictwie. Zdesperowani przyszli emigranci nie chcieli wracać do swoich domów, wybrali więc nową, zupełnie nieznaną im ofertę. Po wielu tygodniach morskiego rejsu dopłynęli do stolicy Argentyny. Tu zakwaterowani zostali na kilka dni w Hotelu Emigracyjnym. Później dotarli do pobliskiej La Platy i zostali powtórnie zaokrętowani. Tym razem na statek, który płynąc w górę rzeki Parany, dowiózł ich do Posadas, dużej osady stolicy prowincji Misiones. Dalej przywiezionymi przez siebie czterokołowymi wozami ciągniętymi przez woły dotarli do odległego o 60 kilometrów Apostoles. 

Tu, zgodnie z wcześniejszymi obietnicami, dostali, tak jak wszyscy nowo przybyli osadnicy, duże działki, każda miała powierzchnię 25 ha. Były to dla nich niewyobrażalnie wielkie gospodarstwa.  Ale czekała ich niemiła niespodzianka. Okazało się, że działka była porośnięta gęstym tropikalnym lasem. Trzeba ją było niesamowitym nakładem pracy karczować i wypalać. Te uciążliwe prace trwały do kilku lat. Do tego dochodziły dodatkowe kłopoty i niespodzianki. Osadnicy napotykali na liczne węże, żmije, jadowite pająki, w okolicznych rzekach nie brakowało kajmanów, a w selwie – jaguarów. Wyjątkowo uciążliwe okazały się też małe, ale żarłoczne mrówki, które potrafiły zniszczyć całe zbiory. Jednak największą zmorą nowych osadników były najmniejsze, ale najbardziej uciążliwe moskity, przed którymi trudno było się ochronić. Emigrantom trudno było przystosować się do  gorącego i wilgotnego  klimatu. Wszystko to prowadziło do częstych i ciężkich chorób. Od czasu do czasu zdarzały się też na tym pustkowiu napady i rabunki. W tamtym czasie zwyczajem było, że gdy do siedlisk zbliżali się nieznani goście, klaskali w dłonie, aby zaświadczyć o swoich pokojowych zamiarach i udowodnić, że w rękach nie mają broni. Pierwsze lata w Nowym Świecie były wyjątkowo ciężkie. Pewną pociechą byli sąsiedzi borykający się z podobnymi problemami, na pomoc których można było liczyć. Poza Polakami osiedlali się tu także Ukraińcy, Białorusini, nie brakowało też emigrantów z Niemiec, a zdarzali się również Japończycy. Te nowe nacje zasiedliły tereny położone między rzekami Parana i Urugwaj.

Kolejnym bardzo istotnym problemem dla nowych osadników była zupełnie inna struktura uprawy ziemi od tej, którą dotychczas znali. Na terenach tych nie mogli uprawiać roślin znanych im z Polski. Musieli nastawić się na wprowadzanie zupełnie dla nich obcych, nieznanych upraw. Zazwyczaj zaczynali od uprawy manioku, ale później przestawiali się na najbardziej poszukiwane i przynoszące największe dochody uprawy używek: herbaty i yerba mate.

Mimo ciężkiej pracy i zupełnie odmiennych warunków niż w Polsce, osadnicy byli zadowoleni z życia w Misiones. Przez lata docierały tu kolejne grupy polskich emigrantów, lecz na ponowną dużą falę migracji trzeba było czekać do połowy lat 30. XX wieku. Wtedy to rządy Polski i Argentyny podpisały umowę o kolonizacji Misiones przez następną grupę emigrantów z Polski. Migracje z przełomu wieków, jak również późniejsze, z lat 30., były typowo zarobkowe, o podłożu ekonomicznym. Z dawnych ziem polskich emigrowali głównie  małorolni lub bezrolni chłopi z Galicji i Małopolski. Byli to prości ludzie, nierzadko analfabeci.

Od 1936 roku zaczęły przybywać na te tereny liczne grupy polskich emigrantów. Założyli kolejne polskie osady: Wandę i Lanusse. Do dziś w tych miejscowościach spotkać można osadników z tamtego okresu. Ludzie ci, pomimo braku kontaktów z dawną Ojczyzną, nadal używają języka polskiego, znają poezję i literaturę polską. Pięknie potrafią zaśpiewać hymn, nawet zwrotki, których my w kraju nie znamy. W ich domach jest wiele pamiątek przypominających o odległej rodzinnej ziemi. Cieszą się bardzo ze zmian, jakie zaszły w Polsce po 1989 roku. Wtedy pojawiła się możliwość odwiedzin rodzinnych stron. Niektórym mieszkańcom Wandy i Lanusse udało się z tych wyjazdów skorzystać. Marzyli o tym przez całe dziesięciolecia. Pragnęli jeszcze raz zobaczyć swoje rodzinne strony, poznać najpiękniejsze miejsca w Polsce, posłuchać polskiej muzyki, pójść do polskiego teatru, przejrzeć polskie gazety, spotkać się z rodziną. Jadąc do Polski, często zabierali swoje dzieci i wnuki, dla których był to pierwszy kontakt z krajem przodków.

Gdy opowiadali mi o tych sentymentalnych podróżach, mieli łzy w oczach. Podobnie jak ja, gdy oglądałem najcenniejsze dla nich rzeczy, jakie przywieźli z Ojczyzny. Były to naczynia z ziemią z ich ojczystych stron. Uczyłem się tam, w odległej Argentynie, od tych wspaniałych ludzi prawdziwego patriotyzmu.

Wielkim przeżyciem było dla mnie dotarcie do mieszkających w Misiones rodaków, ale dla nich równie wielkim przeżyciem była wizyta kogoś z Polski, kto interesuje się ich losem. Na umówione wcześniej spotkanie ludzie ci czekali z ogromną ciekawością i radością. Godzinę przed umówioną wizytą wychodzili przed dom, abym nie zmylił drogi, abym o nich nie zapomniał. Na powitanie serdecznie mnie ściskali i całowali. Było to dla mnie niesamowite przeżycie, takie które na zawsze pozostanie w sercu. Podobnie jak opowieści tych ludzi o pierwszych tygodniach spędzonych na nowej ziemi, o ich dramacie, niewiedzy gdzie jadą, o ich nieznajomości tutejszych warunków życia. Wyjeżdżając z Polski starali się zabrać najcenniejsze, najbardziej przydatne im rzeczy. Wśród nich były ciepłe kożuszki i grube pierzyny.

Polacy z Wandy i Lanusse od dawna odczuwają niedosyt kontaktów z Polską. Niestety na kontynent południowoamerykański nie dociera TV Polonia, brakuje tam polskich gazet, a wydawany w Buenos Aires „Głos Polski” z rzadka i nie do wszystkich dociera. Dobrze, że od kilku lat są polscy księża bernardyni, rezydujący na co dzień w pobliskim Puerto Libertad. Co tydzień odprawiają mszę świętą w języku polskim w kaplicy Matki Boskiej w Wandzie. Ojcowie organizują także zebrania i spotkania, w trakcie których uczą Polaków pieśni patriotycznych oraz kościelnych, a także organizują obchody świąt narodowych i kościelnych. Pomagają im pielęgnować polskość. W Wandzie działa też Szkoła Języka i Kultury Polskiej. Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” od kilku lat wysyła tu młodego nauczyciela, który organizuje lekcje języka polskiego, prowadzi zajęcia z kultury, historii i geografii Polski. W zajęciach tych uczestniczą zarówno dzieci i młodzież, jak i osoby starsze, zdarzają się panie po dziewięćdziesiątym roku życia, które są w bardzo dobrej formie. Społeczność polska przy pomocy miejscowych władz kilka lat temu utworzyła w Wandzie Muzeum Regionalne poświęcone Polakom, którzy zakładali tę miejscowość. Znajdują się tu stare narzędzia rolnicze używane przez polskich osadników – część z nich jest przywieziona jeszcze z Polski. Nie brakuje starych płyt, książek, map, zdjęć, gramofonów, telefonów... a nawet wozów konnych.

W Misiones, podobnie jak w innych krajach kontynentu, z nieukrywaną satysfakcją podziwiałem rodaków, którzy odnieśli sukcesy zawodowe. Ludzi takich jest tu wielu. Chociażby rodzina Jeleni. Senior rodu, Ricardo Jeleń, jest właścicielem dużego przedsiębiorstwa transportowego, posiada około 30 wielkich ciężarówek, którymi transportuje drewno z lasu do celulozowni. Zajmuje się też uprawą lasu i wycinką drzew. Inni Polacy w Misiones są znanymi i szanowanymi producentami yerba mate i herbaty. Do największych producentów całej Argentyny należą Szychowscy i Miguel Skowron. Gospodarstwa ich liczą setki, czy nawet tysiące hektarów. Sprzedają oni swoje wyroby zarówno na rynku wewnętrznym, jak i eksportują do innych krajów na kontynencie. W Polsce dziś też można nabyć yerba mate produkowaną przez Szychowskich, nosi ona handlową nazwę Amanda. Kupując tę używkę, wybierajmy tę bardzo dobrą markę i wspierajmy swoich w Argentynie.

 

 

 

 

 

Nowszy Starszy

Inne artykuły w kategorii Polonia na świecie

Pozostałe kategorie tego artykułu: · Historia · Polska

Skomentuj artykuł w Hydeparku Polonii

Dodaj swoją opinię do komentarzy jako pierwszy!

Imię:
Komentarz:
Dodaj komentarz

Najnowsze artykuły

Magazyn w sieci

Hydepark Polonii

Jola
21 mar, 08:19
Witam. mam pytanie czy to jest normalne ze po wykonaniu lasera ablacyjnego CO2 na drugi dzien mam strasznie [...]»
Bogdan Domeracki
17 mar, 15:58
„POLACY w kraju Helwetów”… Zapraszamy także do nas...! »
Marie Elizabeth
09 mar, 14:34
Oh je me sens de nouveau en vie après avoir subi beaucoup de traumatismes et de chagrin. Je [...]»

Najczęściej...