Podziel się   

Sport Pokaż wszystkie »

Wydanie 2012-02 · Opublikowany: 2012-04-07 15:05:24 · Czytany 5035 razy · 0 komentarzy
Nowszy Starszy

W finale zabrakło trochę zimnej krwi...

Z Radosławem Szymanikiem, trenerem polskich deblistów Mariusza Fyrstenberga i Marcina Matkowskiego, po ich finałowym meczu w londyńskim turnieju Barclays ATP World Tour Finals, rozmawia Andrzej Kentla.

(na zdj. Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski, zdj. Andrzej Kentla)

Andrzej Kentla – Sukcesy polskich tenisistów w ATP & WTA World Tour w ciągu kilku ostatnich lat zaowocowały znacznym wzrostem popularności tej dyscypliny sportu w Polsce.  Zafascynowani skalą osiągnięć polskiego tenisa, nie zawsze dostrzegamy trenerów, szkoleniowców, którzy pozostając w cieniu, na drugim planie, są często architektami tych sukcesów. Radku, proszę o przedstawienie się Czytelnikom magazynu „Polonia”. Kiedy rozpocząłeś współpracę z Mariuszem i Marcinem?

Radosław Szymanik – Urodziłem się w 1975 roku. W mojej sportowej karierze najpierw, przez cztery lata, jeździłem jako łyżwiarz figurowy, później przez dwa lata uprawiałem tenis stołowy, a następnie zaczęła się moja przygoda z tenisem ziemnym. W wieku 25 lat skończyłem studia na Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku i rozpocząłem pracę w klubie tenisowym Arka w Gdyni ze skrzatami, młodzikami i juniorami. Po dwóch latach otrzymałem ofertę pracy w Polskim Związku Tenisa. Moja współpraca ze Związkiem rozpoczęła się od pracy z grupą kadetów oraz juniorów i trwała cztery lata. Później zostałem asystentem kapitana zespołu davies'cupowego. W 2006 roku rozpocząłem współpracę z Mariuszem Fyrstenbergiem, a od 2009 roku jestem trenerem indywidualnym pary deblowej Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski.

Zanim porozmawiamy o londyńskich mistrzostwach i sukcesie Twoich podopiecznych, chciałbym, abyś podzielił się z nami refleksjami na temat specyfiki Twojej pracy. Jakie wyzwania stoją przed trenerem prowadzącym deblistów w ATP World Tour w porównaniu do pracy szkoleniowca trenującego singlistów?

Przede wszystkim poprzez istotną zmianę przepisów, która nastąpiła kilka lat temu, debel stał się czymś innym niż gra singlowa, ponieważ nie decyduje tutaj samo przygotowanie fizyczne, kondycja i wytrzymałość. Tak naprawdę decyduje reakcja, szybkość, refleks, a wynik spotkania często przesądzają  pojedyncze piłki, czyli jest dużo większa odpowiedzialność i waga każdej piłki, każdego punktu. Ale tak naprawdę różnica pomiędzy byciem trenerem singlisty czy deblisty jest tylko jedna. W moim przypadku często trzeba być katalizatorem pomiędzy zawodnikami, dwojgiem dorosłych ludzi, którzy mają swoje słabsze oraz lepsze momenty. Trzeba bardzo dobrze poznać psychikę obydwu z nich, żeby można było, w czasami nawet chirurgiczny sposób, rozwiązać niektóre konflikty czy nawet małe zatargi, które mogą później przeistoczyć się w duże problemy i stać na przeszkodzie osiągania dobrych wyników. Trener deblistów jest w większym stopniu kolegą i psychologiem, niż strategiem czy osobą, która poprawia technikę, chociaż nad nią też pracujemy, szlifując niektóre elementy. Trzydziestoletni zawodnicy, jak Mariusz czy Marcin, dysponujący dużym, wieloletnim doświadczeniem i znajomością  swoich rywali, tak doskonale rozumieją grę, że pewne nowe rozwiązania taktyczne prezentowane są raczej w formie dyskusji, a nie narzucania czy proponowania jakieś strategii. Często jest to dyskusja we trójkę, każdy prezentuje swoje argumenty, a później oni dwaj wybierają to, co jest ich zdaniem najlepsze w tym momencie. Tak więc w moich relacjach z nimi więcej jest roli psychologa, niż typowego trenera.

Jakie dodatkowe czynniki muszą być spełnione, aby utalentowana, dobrze wyszkolona technicznie para deblowa odnosiła sukcesy w ATP World Tour?

Najprostsza odpowiedź na to pytanie sprowadza się do pewnego uogólnienia. Trzeba mieć dwa podstawowe elementy z gry singlowej: serwis i odbiór serwu, bo to ma kluczowe znaczenie. Jeśli singlista ma dobrze opanowane technicznie te dwa elementy, to ma spore zadatki do bycia dobrym deblistą i wcale nie musi być wirtuozem przy siatce, ponieważ w dniu dzisiejszym jest dużo par grających z tyłu kortu, nie klasycznego debla, a tak zwanego singlowego, i odnoszących sporo sukcesów. Kiedyś utartym kanonem w grze deblowej była bardzo dobra umiejętność gry przy siatce. Oczywiście, to się bardzo przydaje i jest niezbędne szczególnie w rywalizacji z czołowymi parami deblowymi, aczkolwiek bardzo dużo dobrych singlistów gra świetnie w debla i potrafi to udowodnić dobrymi wynikami. 

Spójrzmy na przypadek Nadala, który praktycznie ma wstręt do siatki, nawet grając w debla, a potrafi wygrywać „tysięczniki” (turnieje masters), które są obsadzane przez wszystkie najlepsze pary deblowe. Analizując to nie możemy zapominać o pewnej różnicy w liczeniu punktów, istniejącej pomiędzy turniejami wielkoszlemowymi, gdzie gra się na przewagi, a wszystkimi innymi turniejami ATP, gdzie przy równowadze gra się piłkę decydującą o wygraniu gema. W pewnym sensie o rozstrzygnięciu tego punktu czasami decyduje łut szczęścia, ponieważ sytuacji tej towarzyszy duży ładunek emocjonalny. Stąd wśród par deblowych zawodnik, który lepiej potrafi unieść ciężar tej decydującej piłki, jest zazwyczaj desygnowany do odebrania ostatniego w gemie serwu. Zmiana przepisów dotycząca gry deblowej ograniczyła liczbę rozgrywanych w gemie punktów do 7, zwiększając przy tym ładunek emocjonalny, towarzyszący poszczególnym punktom, z których każdy jest ważny, w przeciwieństwie do gry singlowej, gdzie grając na przewagi możemy grać bardzo długo, teoretycznie w nieskończoność.

Bardzo ważną sprawą w grze deblowej jest właściwa współpraca na korcie, wyrażająca się miedzy innymi tym, że może być tylko jeden szef. Jeśli dwóch zawodników chciałoby być szefami, to taka para deblowa zazwyczaj bardzo szybko się rozpada. Jeśli jeden zawodnik chce być szefem i potrafi nim być, a drugi potrafi się podporządkować, to jest to najlepsza kombinacja. W przypadku naszych deblistów takim deklarowanym liderem jest Marcin i to on zazwyczaj bierze odpowiedzialność na swoje barki podczas rozgrywania decydujących punktów. Wynika to z jego predyspozycji osobowościowych. Mariusz się z tym godzi i oni się nawzajem dobrze uzupełniają. Nie znaczy to wcale, że Mariusz jest zawodnikiem drugiej kategorii, wręcz przeciwnie, jeśli Marcin czuje się niepewnie, względnie widzi, że Mariusz gra lepiej, wówczas ciężar rozegrania decydującego punktu bierze na swoje barki Mariusz. Dzięki temu, że potrafią rozmawiać ze sobą na korcie, i jeśli zachodzi taka potrzeba, wymienić się pozycją lidera, odnoszą dobre wyniki. Znakomitym, wręcz książkowym przykładem odwrotnej sytuacji jest para dwóch świetnych, utytułowanych deblistów, Leandera Paesa i Mahesha Bhupathiego, którzy nie mogą ze sobą razem wytrzymać zbyt długo na korcie, bo mają obaj zbyt rozbuchane ego. Nie są oni w stanie przetrwać długo jako para deblowa, ponieważ obaj chcą być liderami i to prowadzi do zbyt dużego napięcia pomiędzy nimi.

Twoi podopieczni zakwalifikowali się do kończących sezon mistrzostw Barclays ATP World Tour po raz piąty w ciągu swojej dziesięcioletniej wspólnej kariery. Wyniki z pierwszej części sezonu nie napawały optymizmem. Dopiero znacznie lepsze rezultaty w drugiej połowie oraz spełnienie tzw. czynników dodatkowych, czyli porażki na turnieju w Paryżu dwóch par rywalizujących z Polakami (Eric Butorac & Jean-Julien Rojer oraz Marcelo Melo & Bruno Soares) o 8 lokatę w rankingu, umożliwiły Mariuszowi i Marcinowi start w londyńskim turnieju. Jak oceniasz ten sezon do londyńskich mistrzostw i jaka jest przyczyna tak dużych wahań formy naszej najlepszej pary deblowej?

Jakbym znał przyczynę, to prawdopodobnie bylibyśmy w stanie ją wyeliminować. Jedynym rozsądnym wytłumaczeniem takiego stanu rzeczy, które nam przychodzi na myśl, jest brak wystarczającej ilości meczy turniejowych. Zazwyczaj do turnieju wimbledońskiego nasi zawodnicy grają mało meczy. Dość dużo trenują, ale grają mało meczy, bo przeważnie zbyt szybko przegrywają. Ze względu na to, że od pięciu lat regularnie kwalifikują się do turnieju kończącego sezon, mają przez to skrócony okres przygotowawczy. Tak więc to przygotowanie do nowego sezonu powinno być trochę lepsze, powinno być optymalne. Dlatego też początek roku jest trochę takim znakiem zapytania i niewiadomą.

Brak dobrych startów na początku sezonu wywołuje większe wewnętrzne napięcie, które nie jest najlepszą kombinacją ze wzmożoną motywacją, bo wówczas presja, pod którą grają, powoduje, że często w decydujących momentach potrafi zadrżeć ręka, względnie podejmuje się nieodpowiednie decyzje czy rozwiązania na korcie. Prawda też jest taka, że dużo par deblowych po Wimbledonie jest już trochę zmęczonych, natomiast nasi są świeżsi, a ponieważ są dobrze wytrenowani, właśnie wtedy zaczynają pokazywać swoje prawdziwe oblicze. Tak więc ten czynnik, że Mariusz i Marcin są najbardziej wypoczęci z tych wszystkich czołowych par, decyduje o tym, że najlepsze wyniki osiągają w drugiej części sezonu. Ważnym czynnikiem jest również to, że w drugiej połowie sezonu nie zmieniają się nawierzchnie rozgrywanych turniejów i to naszym zawodnikom bardzo odpowiada, bo lubią grać na kortach z twardą nawierzchnią i na nich uzyskują dobre wyniki.

- Które z odniesionych w Londynie zwycięstw przyniosło Mariuszowi i Marcinowi oraz Tobie najwięcej satysfakcji? Czego zabrakło w finałowym pojedynku z Mirnym i Nestorem, aby rozstrzygnąć go na korzyść polskiego zespołu?

Myślę, że każde zwycięstwo smakuje podobnie, ale trzeba je też oceniać przez pryzmat wagi meczu. Jeśli pierwszy mecz z Llodrą i Zimonjicem został wygrany, to cieszyliśmy się wszyscy, ale nie było to takie ważne. Tak naprawdę trzeba powiedzieć, że najbardziej smakowało półfinałowe zwycięstwo, bo po nim wchodzi się do finału. Ale realnie jest tak, że każde zwycięstwo z którąś z tych czołowych par smakuje podobnie, szczególnie w tak prestiżowym turnieju, jakim jest kończący sezon turniej londyński.

Powiem tak. Najważniejsze było pierwsze zwycięstwo w grupie, ponieważ ono zdeterminowało układ naszej grupy i dało szansę wyjścia z niej. W finale zabrakło trochę zimnej krwi. Mecz w grupie, który nasi chłopcy grali z tą samą parą, był dużo bardziej nieudany i nasi przeciwnicy wygrali go z większą przewagą. Mecz finałowy ułożył się po naszej myśli. Nasi zawodnicy pierwsi przełamali podanie serwisowe przeciwników. Do tego drugiego meczu chłopcy byli dobrze przygotowani taktycznie, mieliśmy na świeżo w pamięci poprzedni mecz i wydawało się, że zwycięstwo jest w ich zasięgu. Nie chcę jednak ukrywać, że para Nestor Mirnyj była zawsze dla nich bardzo niewygodna. Zabrakło trochę zimnej krwi w pierwszym secie, w którym zwycięstwo mogło ustawić nieco spotkanie, ponieważ ani nasi, ani ich przeciwnicy nie grali w nim świetnie. To była wojna nerwów i szybciej się z niej otrząsnęli Mirnyj oraz Nestor, a kiedy mieli seta w zapasie, to już w drugim wyraźnie kontrolowali sytuację i ten drugi set – może nie był formalnością, bo to jest złe słowo na określenie tego stanu rzeczy – ale przeciwnicy na tyle kontrolowali grę, że nasi chłopcy nie byli w stanie im zagrozić.

Z perspektywy tych dwóch prestiżowych finałów, w których uczestniczyli Twoi podopieczni w ubiegłym sezonie, który z nich według Twojej oceny przysparza im więcej satysfakcji, podziwu, uznania wśród kibiców i rywali?

Chociaż udział w obydwu finałach jest jednakowo wartościowy, to nie ma co ukrywać, że finał w US Open jest jednak bardziej prestiżowy od finału mastersa, ponieważ istnieje długoletnia tradycja turniejów wielkoszlemowych i każdy finał oraz tytuł wielkoszlemowy jest bardzo dobrze odbierany i przez publiczność, i przez ludzi ze świata tenisa. Podobnie oceniają to też władze ATP, przyznając więcej punktów rankingowych za zwycięstwo i udział w finale turnieju wielkoszlemowego, niż za podobne osiągnięcie w turnieju masters w Londynie.

Polscy debliści byli jedyną z ośmiu par walczących w londyńskim turnieju bez tytułu mistrzowskiego w ATP World Tour w sezonie 2011. Marcin Matkowski na końcowej konferencji prasowej powiedział, że jeśli w przyszłym roku również zakwalifikują się do tych zawodów i wyjadą z Londynu bez tytułu mistrzowskiego, to będą traktować ten start jako porażkę. Podzielasz tę opinię, czy może uważasz, że poprzeczka została podniesiona przez Marcina zbyt wysoko?

To dobrze, że Marcin stawia poprzeczkę wysoko, bo to znaczy, że jest ambitnym człowiekiem, co zresztą nie ulega wątpliwości. Myślę jednak, że te słowa zostały wypowiedziane w pofinałowej euforii i prezentowały chęć zrewanżowania się i osiągnięcia lepszego wyniku na tym turnieju w przyszłości.  Patrząc na to dzisiaj z pewnego dystansu czasowego, nie sądzę, aby Marcin i Mariusz, kwalifikując się do tego turnieju w 2012 roku, po ponownym osiągnięciu finału i nie wyjściu z niego zwycięsko, uznali ten start za porażkę. Chociaż obaj są ambitni i osiągając finał traktują to bardzo poważnie, myśląc i dążąc zawsze do zwycięstwa.

Czy atmosfera panująca na finałowym turnieju ATP World Tour w Londynie zbliżona jest do atmosfery turniejów wielkoszlemowych lub innych dużych turniejów ATP, czy jest ona inna, specyficzna tylko dla tego turnieju? Chodzi mi o relacje pomiędzy zawodnikami jak również o zachowanie publiczności.

Atmosfera panująca na tym turnieju jest bardzo specyficzna z dwóch powodów. W turnieju startuje niewielu zawodników: ośmiu najlepszych w sezonie singlistów i osiem najlepszych par deblowych. Zawodnicy przyjeżdżają najczęściej z rodzinami czy z innymi osobami zaproszonymi na turniej. Nie jest tak, że jak się przegrywa mecz, to się odpada z turnieju. Jeśli nie jest się kontuzjowanym, ma się do rozegrania przynajmniej trzy mecze. Z punktu widzenia zawodników i trenerów, jest to najlepiej przygotowany, zorganizowany i przeprowadzony turniej na świecie, któremu towarzyszy niepowtarzalna, niespotykana nigdzie indziej oprawa. Sama hala i sposób, w jaki tenis jest podany w tej hali, robi duże wrażenie. Wyeksponowanie zawodników, pokazanie ich trochę tak jak bokserów czy gladiatorów, gdzie światło skierowane jest tylko na kort, natomiast trybuny z kibicami pozostają w ciemności, podkreśla dramaturgię tenisowego spektaklu. Zawodnicy tutaj startujący wiedzą, że jest to ich ostatni turniej w sezonie, dlatego są może trochę bardziej zrelaksowani, wiedząc, że po tym turnieju jest odpoczynek, a potem okres przygotowawczy do następnego sezonu. Zawodnicy czują się tutaj może nieco bardziej swobodnie również przez to, że mają przy sobie rodziny czy swoich bliskich. Nie pomniejsza to skali ekscytacji i rywalizacji o punkty w celu ustalenia kolejności w końcowym rankingu najlepszej ósemki. 

Dwukrotnie uczestniczyłeś w spotkaniu polskich i przyznających się do polskości tenisistów startujących w turnieju US Open z gospodarzami konsulatu RP w Nowym Jorku. Jak oceniasz te spotkania i czy miałeś może okazję uczestniczyć w podobnym, zorganizowanym w tym roku po raz pierwszy, spotkaniu naszych zawodników w konsulacie RP w Sydney?

Uczestniczyłem zarówno w spotkaniach nowojorskich jak i w podobnym spotkaniu w polskim konsulacie w Sydney. Bardzo podoba mi się zarówno formuła tych spotkań, jak i fakt, że zawodnicy tak chętnie w nich uczestniczą. Uważam, że mało jest możliwości i czasu na podobne spotkania w takim gronie, aby wśród ludzi mających wiele wspólnego ze sportem, w bardzo przyjaznej atmosferze, wymienić się poglądami na różne tematy. Bardzo podoba mi się ta inicjatywa i będę ją popierał.

Radku, dziękuję za rozmowę i życzę udanego występu wszystkim polskim tenisistom w tegorocznym Australian Open.

Nowszy Starszy

Inne artykuły w kategorii Sport

Skomentuj artykuł w Hydeparku Polonii

Komentarze zostały tymczasowo wyłączone. Przeprszamy!

Najnowsze artykuły

Magazyn w sieci

Hydepark Polonii

Dawid
25 lip, 15:17
Zapraszamy na forum Polakow w Szwajcarii - https://forum.polakow.ch»
Mia Lukas
21 cze, 05:49
Mój były chłopak rzucił mnie tydzień temu po tym jak oskarżyłem go że spotyka się z kimś innym [...]»
hanna
20 cze, 03:58
Wszystko dzięki temu wspaniałemu człowiekowi zwanemu dr Agbazarą wspaniałemu czaru rzucającemu we mnie radość pomagając mi przywrócić mego [...]»

Najczęściej...