Podziel się   

Polonia w USA Pokaż wszystkie »

Wydanie 2009-09 · Opublikowany: 2009-09-27 16:45:40 · Czytany 4842 razy · 0 komentarzy
Nowszy Starszy

Lech Kowalski w Chicago

Chicago, zanim stanie się – w co mocno wierzymy – miastem olimpijskim, jest już z pewnością najbardziej festiwalowym miastem amerykańskiego Środkowego Zachodu. Ilość pieniędzy wydawanych co roku w „Wietrznym Mieście” na święta bluesa, jazzu czy muzyki gospel mogłaby przyprawić ministra Zdrojewskiego o zawał, a przecież mamy w Ameryce dotkliwą recesję. Odwołano wiele imprez, np. ogromny festiwal reggae, ale i tak odbyło się kilkadziesiąt masowych imprez z Taste of Chicago i Lollapalooza na czele.

Chicago to także wielkie spotkania filmowców. Oprócz Międzynarodowego Festiwalu Filmów Fabularnych, notabene, najstarszego tego rodzaju w USA, odbywają się tu także festiwale twórców filmów dokumentalnych i produkcji telewizyjnych. Przeglądy kina animowanego, etnicznego, eksperymentalnego dopełniają reszty – tworzy to przepiękną mozaikę postaci i dzieł nie do obejrzenia w normalnym kinie.

Do tego grona dołączył w tym roku Chicago International Movies and Music Festival. Pomysł Bułgara Ilko Davidova, producenta i reżysera, wcielono w życie głównie dzięki pracy jego i dziesiątek wolontariuszy, dla których największą radością są niezależne produkcje filmowe z muzyką w roli głównej. Niesamowita otoczka centrum festiwalowego, w którym jeszcze niedawno odbywały się msze święte i równie nieprawdopodobna panorama postaci o chyba wszystkich odcieniach skóry, z nazwiskami nie do wymówienia tworzą klimat, jakiego nie zazna się w okolicach czerwonych dywanów „poważnych” festiwali. Tyle że napotkane już w korytarzu starego kościoła postaci chicagowskiej kultury, każą myśleć o imprezie jak najbardziej poważnie. Bo też Jon Anderson, Steve Jones, Jim DeRogatis, JR Jones, Marty Lennartz czy Martin Atkins to jedni z najbardziej znanych twórców i krytyków sztuki, nie tylko w Chicago.

Mnie na festiwal przywiodła postać Lecha Kowalskiego, jednego z najbardziej znanych polskich filmowców na świecie. W Polsce mało popularny, jest w dziedzinie niezależnych produkcji postacią legendarną, na co złożyła się ogromna ilość obrazów nagrodzonych na przeglądach filmów na całym świecie.

Jaki jest ten urodzony w 1950 roku w Londynie syn polskich emigrantów wojennych? Światowy – to pierwsze moje wrażenie. Widać już po jego wejściu na salę projekcyjną, że to stały bywalec festiwali (wszak niedawno odebrał nagrodę za najlepszy dokument w Wenecji) i nie straszne mu jupitery i tłumek wielbicieli. Lech Kowalski, choć mieszka w Paryżu od dziesięcioleci, w Stanach czuje się jak u siebie, wychował się, bowiem w Utica, a studiował w Nowym Jorku. Jeszcze jako dziesięciolatek miał problem z opanowaniem angielskiego (w domu mówiono tylko po polsku), co powodowało ogromne kłopoty w kontaktach z rówieśnikami w szkole. Sprezentowana przez rodziców używana kamera Super-8 okazała się remedium na wszystkie troski młodego Kowalskiego. Pierwszy film zrealizował mając 14 lat. No i poszło jak z płatka! Sztuka filmowa wciągnęła młodego imigranta, tyle że od początku w wydaniu mało popularnym. Kino niszowe, studyjne, małonakładowe – jakkolwiek je nazwać, potrafi być sztuką przez duże „S”, ale na całym świecie trudno z jego uprawiania zapłacić rachunki.

W wieku 25 lat Kowalski wszedł więc w biznes filmów... porno. Tak jak jego filmowy guru Tom Reichman kręcił niskobudżetowe nowelki pornograficzne, sponsorowane przez nowojorską mafię. Znajomości zawarte na planie zaowocowały pierwszym pełnym metrażem. „Sex Stars” zrealizowany w 1977 roku, opowiadał historię o autentycznych bohaterach „pościelówek” i był jednocześnie końcem przygody Kowalskiego z rozbieranym kinem.

W 1981 roku świat filmowy poruszył „Dead On Arrival”, kronika wielkiego tournée  po Stanach twórców punka „Sex Pistols”. Film bez autoryzacji zespołu wszedł do mocno ograniczonej dystrybucji z opóźnieniem, gdyż producent Tom Forcade – wielki przemytnik marihuany z Ameryki Centralnej – zastrzelił się tuż przed premierą.

Próba socjologicznej diagnozy ruchu punkowego uczyniła z Kowalskiego lidera wśród kronikarzy epoki sex, drugs & rock’n’roll. Reżyser w swoim kolejnym dziele „Gringo” wszedł ze swoim bohaterem Johnem Spacelym do niepokazywanego wcześniej świata – na ulice nowojorskiej Lower East Side. Zajrzał z kamerą do zrujnowanych apartamentów i na zaplecza sal koncertowych. Pokazywał z pełną świadomością brutalne sceny – prawdę o narkomanach, prostytutkach, alkoholu i samotności ludzi przegranych.

Kowalski nazwany „undergroundową odpowiedzią na twórczość Wernera Herzoga”, tworzył z dala od popkultury, zafascynowany Kinem Transgresji „prześwietlał” tematy niepopularne. Pokazując „Rock Soup”, przyjechał na jeden z festiwali z autobusem pełnym bezdomnych, o których traktował jego film. Pokazywał w swoich dziełach punk rockowych idoli Dee Dee Ramone z The Ramones w „Is Dee Dee Home” i Johnego Thundersa z New York Dolls w „Born To Loose”.

Kilkanaście lat temu reżyser po raz pierwszy odwiedził Polskę, kraj swoich rodziców. Zakochany w ojczyźnie przodków zrealizował całą serię filmów. Pierwsza była „Fabryka Butów”, opowieść o punkach z Nowej Huty. Tu Kowalski drążył temat globalny – narkotyki, przekreślające szanse młodych ludzi na całym świecie, niezależnie od szerokości geograficznej czy systemu politycznego. Po raz kolejny Kowalski unikał dydaktyzmu, nie był sędzią, jedynie rejestratorem rzeczywistości.

W stylistyce „cinema direct” utrzymana jest zresztą cała tzw. Polska Trylogia. „Autostrada Hitlera” nakręcona na Dolnym Śląsku opowiadała o sprzedawcach grzybów, którzy prowadzili „interes” pośród bułgarskich prostytutek i ukraińskich uchodźców.

Najbardziej wzruszająca i wstrząsająca zarazem była ostatnia część tryptyku: „Na wschód od raju” – wywiad reżysera z matką, Marią Werlą, byłą Sybiraczką. To już nie tylko penetracja świata kulturowych peryferii, lecz wiwisekcja systemu sowieckich obozów pracy. Ale reżyser zadaje też inne ważne pytanie: jeśli piekłem jest Gułag, to czy rajem jest nowojorski slums z heroiną w roli głównej?

Do Chicago Lech Kowalski przywiózł kilka swoich najnowszych filmów, których projekcje cieszyły się ogromnym jak na niszową imprezę zainteresowaniem. Bo na całym świecie, zawsze i wszędzie znajdzie się tłumek nadwrażliwców, chcących ratować świat na swój nietypowy dla większości sposób. Bo jak powiedział sam artysta w rozmowie ze mną: „Prawdziwa rzeczywistość jest poza systemem. Dlatego robię filmy o ludziach z marginesu, anarchistach i punkach”.

 

Nowszy Starszy

Inne artykuły w kategorii Polonia w USA

Pozostałe kategorie tego artykułu: · Polonia na świecie · Ludzie · Kultura i sztuka · Rozrywka

Skomentuj artykuł w Hydeparku Polonii

Komentarze zostały tymczasowo wyłączone. Przeprszamy!

Najnowsze artykuły

Magazyn w sieci

Hydepark Polonii

Dawid
25 lip, 15:17
Zapraszamy na forum Polakow w Szwajcarii - https://forum.polakow.ch»
Mia Lukas
21 cze, 05:49
Mój były chłopak rzucił mnie tydzień temu po tym jak oskarżyłem go że spotyka się z kimś innym [...]»
hanna
20 cze, 03:58
Wszystko dzięki temu wspaniałemu człowiekowi zwanemu dr Agbazarą wspaniałemu czaru rzucającemu we mnie radość pomagając mi przywrócić mego [...]»

Najczęściej...